music
czwartek, 3 listopada 2016
Severus x Harry: Zielone Oczy
Patrzyły na mnie zielone oczy, widziałem w nich wyzwanie. Oczy równie uparte co Lily, szkoda, że jedynie one. Reszta to kropka w kropkę cholerny James Potter, a ja marzę tylko o oczas Lily. Oj Evans, czy ty musiałaś być tak głupia? Dlaczego oddałaś życie za te cholerne dziecko? Nie ważne. Ale skoro zrobiłaś to ty, to i ja będę w stanie bronić jego życia.
Wszystko dla ciebie, Lily.
- Sam się o to prosisz, Potter. Minus pięć punktów dla Gryffindoru. Masz szlaban do końca tygodnia.- Chamski jak ojciec. Czuję jak wzbiera się we mnie nienawiść i z trudem ją chamuję. Chciałbym go uderzyć, ale nie zrobię tego synowi Lily, po mimo tego, że jest również synem Pottera.
Wyczekiwałem szlabanu jak objawienia, na krótki moment mogłem zapomnieć o wszystkich i o wszystkim. Istaniały jedynie zielone oczy. Oczy Lily.
Kazałem mu sprawdzać prace pierwszorocznych. Wątpie by zrobił to prawidłowo, ale skoro kazałem mu tu przyjść, muszę dać mu jakieś zajęcie. Nie potrafiłem spuścić z niego wzroku. Robię źle, ta myśl nie daje mi spokoju. Przypomina mi się, gdy pierwszy raz marzyłem pocałować Lily. Podobnie jak ona marzczy nos gdy się skupia. Mógłbym się założyć, że to jej nos. Drobny, mały nosek. Nie to co oczy. Wydają się zbyt wielkie zbyt namiętnie zielone. Tak jak Lily. Ich kolor odpowiadał jej charakterowi.
- Proszę pana?- Potter mówił coś do mnie, nawet nie wiem co. Rzucam mu pioronujące spojrzenie.- Pytałem czy mogę do łazienki.
Wydawał się zdenerwowany swoim pytaniem. No cóż, Potter. Musisz sikać, to sikaj.
- Idź.- rzuciłem tak sucho, że sam byłem pod wrażeniem. Wzrok utknął mi na ścianie przede mną. W pamięci miałem lekcje ze Slughornem. I Lily, pilną Lily. Kochałem ją, naprawdę ją kochałem. Nadal ją kocham. Palcem wystukiwałem nerwowy rytm, mijały minuty i Potter nie wracał. Czyżby postanowił sobie pożartować ze mnie? Tak jak jego ojciec? Zastanawiałem się czy pójść do łazienki. Wkońcu zdecydowałem. Jestem nauczycielem, a ten chłopiec od dziesięciu minut siedzi w toalecie. Co on może tyle robić? Głupie pytanie, Severusie. Miałem w głowie różne teorie. Począwszy od zwykłych potrzeb fizjologicznych, kończąc na zbliżeniach seksualnych. Głupie myśli, posłałem sobie karcące spojrzenie w lustrze przy zlewie. Słyszałem szloch. To jakiś żart? Wielki Potter płacze? Oczy mojej Evans są pełne łez? Czy z jego drobnego noska spływa jedna z nich? Podeszłem do kabiny, sam nie wiedząc co robię. Cholera jasna! To syn mojego największego wroga i miłości. Czy mogę darzyć kogoś równie skrajnym uczuciem? Widocznie mogę. Podeszłem do kabiny i rochyliłem drzwi. Zasłaniał dłonią twarz. Co mu się stało.
- Co jest, Potter?- rzuciłem ostrzej niż zamierzałem. Nie zareagował. Nie muszę chyba mówić jak nie komfortowa była dla mnie ta scena.- Potter- ukucnąłem i znalazłem się twarz przy jego twarzy.
- Profesorze, to mnie przerasta.- wiedziałem co ma na myśli. Dumbledore wtajemniczył mnie w sporo z tajemnic. Nie zastanawiałem się długo i go przytuliłem. Potrzebował ludzkiego odruchu. Ciężko mi z myślą, że oczy Lily płaczą. Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić, a jednak to zrobiłem.
Miałem ochotę w tej chwili być dla tego chłopca kimś więcej niż nauczycielem. Jednym z powodów były zielone oczy. Chciałbym być dla niego ojcem, ale nie potrafię zniszczyć tej nienawiści na jaką zasłużył sobie James. Nawet może i nie ojcem, nie wiem kim chciałbym być. Napewno kimś bliskim dla tych zielonych oczu Lily.
środa, 2 listopada 2016
Fred x George: I need you
Siedzieliśmy w ciszy, pogrążeni w ciemności. Nigdy nie przywiązywałem się do znaczeń metaforycznych, ale to miejsce, przerażenie i świadomość śmierci sprawiły, że myślałem więcej. George przeżywał to bardziej niż reszta. Od drugiego roku nauki w Hogwarcie bał się ciemności. Wszystko przez mój głupi żart. Obwiniam się każdej minuty spędzonej w tym gównie. Ciągle trzymam go za dłoń w nadziei, że mi wybaczy. Nie ukrywam, że to ja spieprzyłem całą misję i przeze mnie cała rodzina jest pogrążona w mroku.
- Możliwe, że was wypuszczę, jeśli spełnicie moje rozkazy.- rozległ się głos Lorda Voldemorta- tego, który mnie podpuścił. Wiedziałem, że zrobi to jeszcze raz. Pomieszczenie się rozświetliło. W ten sposób dostaliśmy swego rodzaju pocieszenie. Byliśmy w małym pokoju jak dla siedmioosobowej rodziny. Żadnych okien, żadnych drzwi. Byliśmy w pułapce.
- W tym pomieszczeniu są dwie osoby, które potrzebują się wzajemnie jak nikt inny.- Spojrzałem na moje złączone jeszcze z Goergem ręce, on również to zrobił. Uśmiechnąłem się słabo.- Pokażcie reszcie, jak bardzo się potrzebujecie.- wysyczał.
Przygryzłem wargę, a pozostali Weasleyowie patrzyli po sobie. George nieprzerwanie na mnie patrzył. Wiedziałem, co trzeba zrobić. Bałem się, cholernie się bałem. Stał już przede mną. Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczął mnie całować. Słyszałem, jak mama zaczęła płakać, wszyscy byli w szoku. Walczyłem między szczęściem a obrzydzeniem do samego siebie. Po paru sekundach poczułem pięść na twarzy. Jeszcze nigdy nie widziałem tak wściekłego taty. Zaczął bić i kopać. Najpierw George'a potem mnie. Płakałem. Czułem się jak przegrany, bo w końcu nim byłem. Nienawidziłem siebie samego. Leżałem obok brata, kiedy usłyszałem śmiech. Voldemorta bardzo bawiła zaistniała sytuacja. Mnie nie pozostało nic innego jak ciemność. Znów zgasło światło. Ojciec krzyczał. Wyzywał nas. Nie jestem pewny czy nienawidził mnie równie mocno co ja sam w tamtej chwili. Ginny płakała. Nic nie bolało mnie bardziej niż jej płacz. Tylko ona znała prawdę. Tylko ona wiedziała, że przez te wszystkie lata, kochałem brata mocniej, niż powinienem. George złapał mnie za rękę. Zamknął oczy. Ścisnąłem mocniej jego dłoń, a wtedy poczułem, jak wyślizguje się z mojego uścisku. Łzy mimo wszystko zebrały mi się do oczu.
Siedzieliśmy na zimnej podłodze długo i dużo czasu zajęło mi zrozumienie tego, że George odszedł, razem z puszczeniem mojej dłoni. Krzyczałem, krzyczałem wiele godzin, dopóki nie straciłem głosu.
W pokoju znów zapanowała cisza, a my byliśmy pogrążeni w ciemności. Teraz ja najbardziej przeżywałem ciemność, bardziej niż reszta.
wtorek, 1 listopada 2016
Voldemort x Harry: You look like me mistade
Dostałem się do świadomości Harry'ego Pottera. Bawią mnie jego zauroczenia... innymi chłopcami. Chętnie bym się nim pobawił. Niech myśli, że zakochał się we mnie' Lordzie Voldemorcie.
Biedaczysko się męczy. Widzę, że go to gnębi. Uczucie niedługo go wykończy. No i dobrze. Będzie mój.
Nie, to nie może być mój czar, zbyt bardzo spędzam mu sen z powiek. Może on rzeczywiście się zakochał?
On się zakochał. Nie, to będzie kolejny błąd. Cholerny błąd. Jak mam uśmiercić kogoś kto mnie kocha? Zbliża się koniec. To nie skończy się dobrze. Kiedy po raz ostatni stanę twarzą w twarz z nim zapytam:
- Harry, dlaczego pokochałeś potwora?
poniedziałek, 31 października 2016
Lucjusz x Molly: Dzieci
Stałam na dworcu, krok za mną stał Artur. Żegnaliśmy nasze kochane pociechy. Bardzo martwiłam się, Ginny szła pierwszy raz do Hogwartu. Wiedziałam, że da radę, a jednak nadal przepełniona byłam troską. Pożegnałam Percy'ego, później Freda i Georga, Rona i na końcu Ginny. Kiedy ona tak urosła? Mam wrażenie jakby to jeszcze wczoraj przebierałam ją w pieluchy. Artur położył swoją dłoń na moim ramieniu. Dzieci razem z Harrym wychyliły głowy. Machałam im póki nie zniknęli z horyzontu.
Odwróciłam się i miałam zamiar wracać samochodem kiedy napotkałam jego wzrok. Lucjusz patrzył na mnie, nie tak jak za naszych szkolnych czasów. W jego oczach widziałam pogardę. Żałuję, że tak wiele mnei z nim dzieli. Jedno nie koniecznie przyjemne spojrzenie wywołało we mnie falę wspomnień. Pamiętam jak niegłam z nim po szkolnych korytarzach. Trzymał mnie za rękę, ledwo nadążałam za jego szybkim tępem. Pamiętam jak czekał na mnie pod portretem Grubej Damy. Był niesamowity. Był moim marzeniem. Wszystko zaczęło się psuć z czasem. Nie, nie kłóciliśmy się, chociaż wolałabym, w niektórych momentach słyszeć jego podniesiony głos. W ten sposób wydawałby się bardziej ludzki. Nie podobały mi się jego ideały. Nie raz przyprawiały mnie o dreszcze. Nie w ten przyjemny sposób co jego dotyk. Czasem się go bałam, ale przeważnie go kochałam. Do czasu kiedy postanowiłam mu ultimatum- wszystko się zmieniło. Chodził ponury. Przestał biegać ze mną po korytarzach, doprowadzać mnie do śmiechu. Nawet nie spędzaliśmy razem tyle czasu. Potem na pewnej dyskotece podszedł do mnie Artur. Chciałam tylko zrobić Lucjuszowi na złość i zatańczyłam z rudowłosym. Nie skończyło się na jednym tańcu. Był czuły i delikatny. Zawsze go lubiłam, a tego wieczoru wyznał mi miłość. Pocałowałam go na oczach Lucjusza. Do dziś pamiętam jak w środku nocy do mnie napisał. Prosił o spotkanie, a ja się zgodziłam. Miał bledszą niż zwykle twarz. Wróciliśmy do siebie. Obiecaliśmy sobei zmiany, ja miałam nei zadawać się z Arturem, a on miał zostawić śmierciożerców. Był bliżej, kłamstwem było to, że przestał wierzyć w wyższość czystej krwii. Artur był inny. Pełen miłości. Czerwienił się przy mnie. Słodki i starający się o moje względy. W pewnym momencie poszliśmy razem do łóżka. Niczego nie żałuję. Moja miłość do Lucjusza nie ma znaczenia, kiedy może okazać w każdej chwili swoje drugie oblicze. Te, którego się boje. Wybrałam bezpieczeństwo, wybrałam Artura. Zaszłam w ciążę, był to ostatni miesiąć nauki. Od razu po ukończeniu Hogwartu pobraliśmy się, a kilka miesięcy później urodziłam Billa.
Artur jest najwspanialszym mężem. Otrzymuję od niego wszystko czego nie koniecznie widziałam w Lucjuszu, a mimo to nadal go kocham.
Widziałam jak spuszcza wzrok pod wpywem mojego. Mogłam się założyć, że myśli o tym co byłoby lepsze. Ale on przecież nie potrafi wybrać. Nigdy nie potrafił.
Rozdział 10. Tell me if I know
Co jest gorsze?
Gdy rodzice nie żyją dla ciebie?
Czy może, gdy ty nie żyjesz dla rodziców.
Brakuje mi ich i bardzo boli mnie to, że to ja dla nich nie żyję. Czuję się tak samotnie. Wcześniej był przy mnie Teodor, a teraz i on nie chce mnie znać. Chciałabym kogoś kto by, powiedział do mnie coś, że ja nadal żyję i jestem potrzebna. Odpuszczam sobie wszystko. Nigdy tego nie chciałam. Potrzebuję kogoś, kto da mi powód do tego, by stać twardo. Bardzo chciałabym, żeby Teodor wrócił.
Chociaż miałabym zrobić z siebie idiotkę bardzo bym chciała napisać mu coś, albo wykrzyczeć prosto w twarz, Tak, żeby zrozumiał jaki błąd wkradł się między nami.
Jest dwudziesta, a ja wybiegam z pokoju. Nie chcę być dla niego umarła. Chcę żyć dla niego. Zrobię wszystko jeśli zostanie. Powiem mu to głośno. Nikt nie dotykał mnie tak jak on wcześniej. Bez niego się zamykam w sobie. Nie chciałam go zranić, ale co jeśli żyję dla bólu? Nie chcę być sama. Pukam, krzyczę w wejściu do domu Ślizgonów. Będę o niego dbać. Nie pozwolę mu tak łatwo odejść. Mam nadzieję, że i on mnie nadal kocha. W progu stoi Blaise i robi mi wejście by wejść. Słyszę muzykę, jak zwykle w sobotę ślizgoni bawią się świetnie. Widzę Teodora i do niego podchodzę. Momentalnie zwala z siebie jakąś ślizgonkę. Widzę jej podenerwowanie na twarzy. Teodor wstaje. Śmierdzi od niego alkoholem, ale ja mu to powiem.
- Chcę być tylko twoja.
Łapie mnie za nadgarstki i całuje zaborczo. Może to Ognista, może na mnie czekał. Może jest gotów pokochać mnie od nowa, bo ja kocham go tak jak wcześniej.
- Czekałem na ciebie.
Przed oczami mam obraz jego i tej ślizgonki, którą zwala z kolan.
Przyspieszony kurs latania, kiedy łapie mnie za rękę i zaprowadza do swojego pokoju. Dałabym mu wszystko. Wrócił. Nie jestem sama, mam dla kogo żyć. On mnie potrzebuje bardziej niż rodzice. Wie, że go kocham. Ja też wiem. Kładzie mnie na swoim łóżku. Całuje jak nigdy wcześniej. Całuje jakbym ożyła. O to chodziło.Leżę między jego nogami, a ręce trzyma po dwóch stronach mojej głowy. Znowu jest obok. Tak bardzo lubię kiedy mnie całuje. Nie potrafię nawet skupić się na oddechu. To chwila kiedy jego prawa ręka znajduje moją.
- Jesteś tylko moja.- szepcze w przerwie między pocałunkami. Atakuje moją szyję, a ja nie mogę oprzeć się pokusie, że jestem dla kogoś ważna.
Noc spędzam u Teodora, przytulona w jego silne ramiona. Tak smakuje bezpieczeństwo? Jak nie samotność i miłość razem?
Budzę się o siódmej. Teraz czuję się chyba lepiej. Tak czuję się z nim- najlepiej. Zdejmuję jego bluzkę i zakładam moje wczorajsze ubranie. Wychodzę ostatni raz całując jego usta. Odwzajemnia mój pocałunek chociaż spodziewałam się, że śpi.
- Do zobaczenia później, Teo!- wołam i zamykam drzwi do jego pokoju. Rumienię się na widok grupki ślizgonów z mojego rocznika. Blaise wybucha głośnym śmiechem. Sytuacja wygląda dość dwuznacznie. Malfoy wygląda na człowieka z kacem. Wygląda jak człowiek, to już coś.
- Kac morderca nie ma serca.- robię smutną minę i klepię go po ramieniu.
- Teodor musiał się z tobą nieźle bawić skoro masz taki dobry humor.
Czy on próbuje mnie sprowokować?
- Nieźle to mało powiedziane- w ż y c i u się tak dobrze nie bawiłam. Wychodzę nawet nie patrząc za siebie.
Rozdział 9.Tell me if you need a loving hand
Rozmowa z White jedynie mnie podirytowała. Próbowała zemścić się na Malfoy'u moim kosztem? Zdawała sobie sprawę, że mnie również skrzywdzi?
- Malfoy!- krzyczę gdy tylko zauważam blond czupryne. Patrzy mi w oczy i słyszę jego głos.
Nie będę tu z tobą rozmawiać. Przyjdź za dziesięć minut do Pokoju Życzeń.
Odwraca się, jakby nic się nie stało. Nie mam pojęcia, kto nauczył go przekazywać myśli.
- Czego chciałaś?- pyta jak zwykle przyjaźnie.
- Co zrobiłeś tej całej White?
- Jak to co?- unosi brew.
- Nie bez powodu wymyśliła całą tą plotkę.
- Jest po prostu irytująca. Za dużo sobie wyobraża. Myśli, że jeśli raz wpuściłem ją do łóżka ma szansę na coś więcej.- Malfoy był już zdenerwowany. Wytrzymałam piorunujące spojrzenie, które mi posłał.- Nie bez powodu jest taka nienormalna. Czego oczekiwać po kimś kto ma wspólne korzenie z Potterem?
- Słucham?- otworzyłam szerzej oczy. Sytuacja była nie mniej dziwna. Spędzałam czas wolny nie przymusowo z Malfoyem. Co za marnotrastwo!- Skąd wiesz?- Przewrócił oczami.
- Skończył jej się eliksir wielosokowy, poznałem po czuprynie.- patrzyłam na niego z podniesioną brwią i pochyloną głową. Przypomina mi się jak razem z Harrym i Ronem podczas drugiego roku robiliśmy eliksir.
- Z dnia na dzień jesteś coraz śmieszniejszy. Ha ha.
- Mówiła, że jest córką Regulusa Blacka, który z kolei jest bratem Syriusza,,, Podobno jej matka na jakiejś imprezie poznała bliżej Regulusa.- posłał mi złośliwy uśmieszek.- To miała być chyba jakaś ironia, że nazywa się White, tak dla przeciwieństwa.
- Harry nic mi nie mówił...- myślałam na głos.
- Jak miał powiedzieć skoro nie wiedział?
- A czemu ty nic nie mówiłeś?- po chwili dopiero zrozumiałam jak idiotyczne pytanie mu zadałam.
- A po co ci ta wiadomość?- zrobił krok w moją stronę.
- Napewno by się przydała.- wzruszam ramionami.- Rozmumiem czemu ciebie chciała poniżyć, ale czemu wmieszała i mnie do tej intrygi?- zmieniłam temat i również zrobiłam krok w jego stronę. Muszę unieść lekko głowę by patrzeć mu w oczy. Tego samego odcienia, co Teodora.
- Wydaję mi się, że chodzi tu tylko o to, że cię nienawidzę.- zciszył głos do szeptu.- Jesteśmy wrogami i nie możemy razem być. Bo ja jestem lepszy, a ty gorsza. Zresztą ty masz chłopaka, a ja też umawiam się z jedną taką...
Nie wierzyłam w to co powiedział. Biła od niego czysta wrogość. Już myślałam, że mogę zapomnieć o tym jak wredną fretką jest. A jednak idiota, idiotą pozostanie. Uderzyłam go z liścia nim zdążył dokończyć zdanie.
- Dzięki tobie Teodor się do mnie nie odzywa.- Wybiegłam z Pokoju Życzeń. Policzki miałam czerwone ze złości.
Zderzyłam się z jakąś wysoką postacią. Wiedziałam podświadomie kto to był. Miałam rację, Teodor.
- Nadal na mnie lecisz? Może czas odpuścić?- wyminął mnie i nawet nie zaszczycił spojrzeniem.
- Harry!- wołam przyjaciela. Próbuję przekrzyczeć tłum gryfonów w pokoju wspólnym. Odnajduję jego dłoń i ciągnę go za drzwi.- Już wiem jak wam pomóc.
- Naprawdę?- Kiwam głową.
- Pamiętasz drugi rok nauki w Hogwardzie? Kiedy przyrządzaliśmy Eliksir Wielosokowy? Mogę się założyć, że w tamtej książce widziałam coś o poszukiwaniu zaginionych osób. Nie wiele pamiętam powiniśm y odnaleźć tą książkę i...
- Spokojnie, Hermiono! Jestem ci bardzo wdzięczny. Poradzimy sobie z Pansy.- przytulił mnie. Parę minut później opowiedziałam mu o Rosalie White. Uniósł zdumiony brwi.
- Nie spodziewałbym się czegoś takiego po Regulusie.- zakończył rozmowę. Teraz pewnie będzie martwił się White. Czy słusznie zrobiłam mówiąc mu prawdę?
Usiadłam na fotelu, tłum zmniejszył się na tyle, że mogłam szeptem rozmawiać z Harrym, jednak nawet tego nie wykorzystałam. On miał inne problemy, ja inne.
Teodor,
- Malfoy!- krzyczę gdy tylko zauważam blond czupryne. Patrzy mi w oczy i słyszę jego głos.
Nie będę tu z tobą rozmawiać. Przyjdź za dziesięć minut do Pokoju Życzeń.
Odwraca się, jakby nic się nie stało. Nie mam pojęcia, kto nauczył go przekazywać myśli.
- Czego chciałaś?- pyta jak zwykle przyjaźnie.
- Co zrobiłeś tej całej White?
- Jak to co?- unosi brew.
- Nie bez powodu wymyśliła całą tą plotkę.
- Jest po prostu irytująca. Za dużo sobie wyobraża. Myśli, że jeśli raz wpuściłem ją do łóżka ma szansę na coś więcej.- Malfoy był już zdenerwowany. Wytrzymałam piorunujące spojrzenie, które mi posłał.- Nie bez powodu jest taka nienormalna. Czego oczekiwać po kimś kto ma wspólne korzenie z Potterem?
- Słucham?- otworzyłam szerzej oczy. Sytuacja była nie mniej dziwna. Spędzałam czas wolny nie przymusowo z Malfoyem. Co za marnotrastwo!- Skąd wiesz?- Przewrócił oczami.
- Skończył jej się eliksir wielosokowy, poznałem po czuprynie.- patrzyłam na niego z podniesioną brwią i pochyloną głową. Przypomina mi się jak razem z Harrym i Ronem podczas drugiego roku robiliśmy eliksir.
- Z dnia na dzień jesteś coraz śmieszniejszy. Ha ha.
- Mówiła, że jest córką Regulusa Blacka, który z kolei jest bratem Syriusza,,, Podobno jej matka na jakiejś imprezie poznała bliżej Regulusa.- posłał mi złośliwy uśmieszek.- To miała być chyba jakaś ironia, że nazywa się White, tak dla przeciwieństwa.
- Harry nic mi nie mówił...- myślałam na głos.
- Jak miał powiedzieć skoro nie wiedział?
- A czemu ty nic nie mówiłeś?- po chwili dopiero zrozumiałam jak idiotyczne pytanie mu zadałam.
- A po co ci ta wiadomość?- zrobił krok w moją stronę.
- Napewno by się przydała.- wzruszam ramionami.- Rozmumiem czemu ciebie chciała poniżyć, ale czemu wmieszała i mnie do tej intrygi?- zmieniłam temat i również zrobiłam krok w jego stronę. Muszę unieść lekko głowę by patrzeć mu w oczy. Tego samego odcienia, co Teodora.
- Wydaję mi się, że chodzi tu tylko o to, że cię nienawidzę.- zciszył głos do szeptu.- Jesteśmy wrogami i nie możemy razem być. Bo ja jestem lepszy, a ty gorsza. Zresztą ty masz chłopaka, a ja też umawiam się z jedną taką...
Nie wierzyłam w to co powiedział. Biła od niego czysta wrogość. Już myślałam, że mogę zapomnieć o tym jak wredną fretką jest. A jednak idiota, idiotą pozostanie. Uderzyłam go z liścia nim zdążył dokończyć zdanie.
- Dzięki tobie Teodor się do mnie nie odzywa.- Wybiegłam z Pokoju Życzeń. Policzki miałam czerwone ze złości.
Zderzyłam się z jakąś wysoką postacią. Wiedziałam podświadomie kto to był. Miałam rację, Teodor.
- Nadal na mnie lecisz? Może czas odpuścić?- wyminął mnie i nawet nie zaszczycił spojrzeniem.
- Harry!- wołam przyjaciela. Próbuję przekrzyczeć tłum gryfonów w pokoju wspólnym. Odnajduję jego dłoń i ciągnę go za drzwi.- Już wiem jak wam pomóc.
- Naprawdę?- Kiwam głową.
- Pamiętasz drugi rok nauki w Hogwardzie? Kiedy przyrządzaliśmy Eliksir Wielosokowy? Mogę się założyć, że w tamtej książce widziałam coś o poszukiwaniu zaginionych osób. Nie wiele pamiętam powiniśm y odnaleźć tą książkę i...
- Spokojnie, Hermiono! Jestem ci bardzo wdzięczny. Poradzimy sobie z Pansy.- przytulił mnie. Parę minut później opowiedziałam mu o Rosalie White. Uniósł zdumiony brwi.
- Nie spodziewałbym się czegoś takiego po Regulusie.- zakończył rozmowę. Teraz pewnie będzie martwił się White. Czy słusznie zrobiłam mówiąc mu prawdę?
Usiadłam na fotelu, tłum zmniejszył się na tyle, że mogłam szeptem rozmawiać z Harrym, jednak nawet tego nie wykorzystałam. On miał inne problemy, ja inne.
Teodor,
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Drinny: Crazy in love
- Molly to nie może tak dłużej trwać oni muszą wiedzieć!- Artur uderza otwartą dłonią o stół. Harry żałował, że usłyszał te słowa. Już nic nie będzie takie samo kiedy...
- Dajmy im czas! To nic poważnego.- Chłopiec nie widział twarzy pani Weasley, ale znał ją wystarczająco dobrze by wiedzieć, że zmarszczyła czoło. Oczyma wyobrazi widział jej przygnębione spojrzenie.
- Żartujesz? Oni niedługo wezmą razem ślub!- Harry zachłystnął się powietrzem. Odkąd dowiedział sie, że... Nie wyobrażał sobie by mogła zostać jego żoną. Molly wzruszyła nie ufnie ramionami.
- Niech ci będzie. Powiem im to przy kolacji.
- Przy wszystkich? Nie lepiej byłoby wziąć ich w ustronne miejsce?
- Jak chcesz mogę im powiedzieć to nawet w tej chwili.
Harry wystraszył się i uciekł do pokoju Rona. Molly mogła pojawić się tu w każdej chwili.
- Co się stało?- zapytał zaskoczony. Parę minnut temu Harry oznajmił, że idzie do Ginny. A teraz wyglądał na wystraszonego.- Harry?
Chłopiec opowiedział mu co podsłuchał od państwa Weasley.
- To nie możliwe!- obruszył się.- Harry, to MOJA siostra!
~*~
- Harry! Ginny! Mogę was prosić na słówko?- spytała zdawkowym tonem Molly. Pod jej przyjaznym uśmiechem chowało się jednak coś więcej. Nawet Ginny to zauważyła. Spojrzała na niego zdziwona. Harry nie potrafił powiedzieć jej prawdy. Zdecydował się jedynie nic nie mówić. Wzruszył ramionami.
Szli pare kroków za panią Weasley. Ginny chciała chwycić go za rękę. Wybraniec w tej samej chwili wsadził dłonie do kieszeni, jakby nie zauważył jej ruchu. Rudowłosa zmarszczyła brwi, robiła to w ten sam sposób co Molly Weasley. Pulchna kobieta odwróciła się w ich kierunku, tak gwałtownie, że Harry musiał cofnąć się o krok by zachować między nimi odpowiednią odległość. Oparła się o drewnianą komodę i dłonią odgarnęła włosy z twarzy. Wyglądała na znacznie starszą niż zwykle. Na starszą i zmęczoną.
- To będzie dla was napewno trudne.- wzdycha. Ciężar dalszych słów nie pozwala wyjść na wierzch przez następną minutę. Najdłuższą w życiu każdego z nich. W końcu Molly przerywa milczenie.- Jesteście rodzeństwem.- Cisza, która panowała chwilę wcześniej była błogosławieństwem i lepiej byłoby dla nich wszystkich gdyby pozostała jedynie cisza. Z ust Ginny wyrywa się histeryczny śmiech. Szuka upewnienia w oczach pozostałych, że to jedynie głupi żart. Słowo się rzekło. Nie był to głupi żart. Śmiech przeradza się w płacz.
- On nie może być moim bratem!- wrzeszczy.- Nie on.- dodaje ciszej, niemal błagalnie. Harry czuje się bezradnie. W zasadzie nie czuje nic. Podchodzi do niej bliżej. Wyciąga ramiona w geście przytulenia. Ginny cofa się o krok. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z absurdu swojej reakcji. Wiele się zmieni. Ale przytulenie nie będzie oznaką miłości, tylko oznaką wsparcia.
~*~
Mieli rację. Wiele się zmieniło. Ron chodził przygnębiony, Hermiona biegała od Harry'ego do Ginny od Ginny do Rona. Każdemu starała się być przyjaciółką, ale to nie wystarczało. Harry i Ginny potrzebowali czegoś więcej. Miłości. Bo straconą miłość najlepiej naprawić kolejną miłością. Kto byłby dla nich odpowiedni? A może zostawić to wszystko losowi? Nie, Hermiona Granger nie wierzy w los. Tylko i wyłącznie w swoje możliwości. Żyje w świecie magi gdzie wszystko jest możliwe.
- Słyszałam, że podoba się Blaisowi Zabiniemu.- powiedziała pewnego wieczoru.
- Hermiono, to nie możliwe. On jest Ślizgonem!
- Wiesz, jak sam mówiłeś.- uśmiechnęła się skromnie.- Na wojnie i w miłości wszystko wolno.
- To szalone.- pokręcił z dezaprobatą głową.
~*~
- Czyli co Granger chce byś startował do Weasley?- blondwłosy siedział na kanapie, a złośliwy uśmiech nie odpuszczał mu ani na krok.
- Szkoda tylko, że ja nie chce.- czarnoskóry pokręcił głową.- Zrobiłbyś to dla mnie? Ostatni raz.- wątpił by przyjaciel się zgodził. Ten jednak kiwnął na znak głową, że się zgadza.
~*~
Piękny wrześniowy dzień. Bardzo piękny by przespać się z pewną rudowłosą kobietą. Draco Malfoy nie krył intencji. To nie miało być nic zobowiązującego. To tylko seks. Jednak uśmiech zadowolenia nie znikał z jego twarz ani na moment. Nawet kiedy wpadł na Harry'ego Pottera.
- Cześć, Potter!- przywitał się. Właśnie miał się spotkać z jego siostrą i spędzić nie zapomnianą noc. Mógłby choć trochę ponabijać się ze biednego Pottera.- Piękny mamy dzień, prawda?- cwany uśmieszek rozkwitł na jego twarzy. Po głowie chodziły mu różne brudne myśli, których sam Tom Riddle by się nie powstydził. Chociaż w sumie Voldemort nie miał takiego pociągu seksualnego.
- Co knujesz, Malfoy?- Harry nie dał się zwięść. To nie było do niego podobne. Powitanie i jakby nie patrzeć miłe pytania nie były w jego stylu. Czarnowłosy miał czerwone policzki. Miał nadzieję, że Blondwłosy nie zoriętował się jak serce wybrańca przyspieszyło tępa. Oboje próbowali się minąć, pech chciał by oboje znów się zderzyli.
- Jeszcze raz na mnie wpadniesz, a pomyśle, że na mnie lecisz.- wycedził blondyn, mierzył czarnowłosego zimnym spojrzeniem. Harry jeszcze bardziej się zaczerwienił. Wyminął Draco i poszedł w tylko sobie znanym kierunku.
Nie mówił o tym nikomu, choć co raz częściej miał wrażenie, że każdy widzi to, że Harry'emu podobają się nie tylko dziewczyny, ale również i chłopcy, a konkretnie jeden: Draco Malfoy.
W czasie kiedy Harry'emu zebrało się na rozmyślenia dotyczące jego przyszłego życia, dwie równie ważne osoby w jego życiu pieprzyły się nie pamiętając o niczym innym jak o swoich ciałach.
~*~
Miesiące mijały. Draco i Ginny upewniali się, że łączy ich coś więcej niż łóżko, ale żadne nie było gotowe powiedzieć to drugiej osobie. Nie wspominając już o reszcie świata. Hermiona była pewna, że Ginny spotyka się z Blaisem. Z dnia na dzień chodziła coraz bardziej przygnębiona. Granger nie mogła patrzeć spokojnie na cierpienie swojej przyjaciółki. Zapytała o to Zabiniego. Okazało się, że nie ma on z nią żadnego kontaktu. Jednak uwaga Panny-Wszystko-Wiem-Granger zainteresowała go na tyle, że pięć minut później i Draco Malfoy chodził przygnębiony. Ginny męczyła znajomość z nim? Na to wyglądało. Widocznie Gryfonka miała tak dobre serce, że nie potrafiła mu odmówić. Nie chciał sprawiać jej przykrości. Dlatego zerwał znajomość, jej widok doprowadzał go do szaleństwa. Nie robił nic. Ona stchórzyła, on odpuścił sobie.
niedziela, 3 kwietnia 2016
Fremione: Waiting for love
Cześć i czołem! Przychodzę z obiecanym Fremione! W najbliższym czasie (mniej więcej jutro) pojawi się dziewiąty rozdział.
- Żegnaj, Freddy.- szepnęła. Założyła płasz i szalik. Wymknęła się z domu, a rudowłosy spał słodkim snem nie zdając sobie sprawy, że miłość jego życia odeszła.
Od pewnego czasu Fred Wasley miał problem z alkoholem. Po stracie brata to w alkoholu odnalazł ukojenie od bólu.
Jedynym plusem wojny (o ile wojna ma jakieś plusy) było to że odnalazł miłość.
Hermiona Georger pokłóciła się wtedy z Ronaldem. Fred nie czekał ani chwili. Walczył o jej uczucie, dyskretnie, ale całym sercem. Udało się i między nimi zaiskrzyło. Ale każda miłość przynosi cierpienie. Ono spadło wtedy na Rona. Do dnia dzisiejszego, a minęło prawie siedemdziesiąt lat, nie odzywają się do siebie. A Hermiona jak uciekła, tak nie wróciła.
Fredowi przyszło poradzić sobie z wieloma kłopotami. Chodził na mugolskie spotkania Anonimowych Alkoholików. Spędzał dużo czasu w rodzinnym domu razem z Molly i Arturem. Byli już za starzy i nie potrafili sami się sobą zająć. Patrzył na dzieci swoich braci. Patrzył jak ich życie się układa. Natomiast jego musiało legnąć w gruzach po to by potem mógł je naprawić.
Żałował tych czterdziestu zmarnowanych lat. Nie dbał o nic i nikogo. W ten sposób stracił wszystko.
Hermiona opuściła go dokładnie dwa tygodnie przed gwiazdką w dwutysięcznym piątym roku. Nie widział jej od tej pory.
Jedyną pamiątką po niej było ich wspólne zdjęcie, które leżało na stoliku nocnym. Zawsze nocą patrzył na nie i zastanawiał się co by się stało gdyby nie popadł w nałóg. Hermiona była dzielną dziewczyną. Teraz już wiedział jak bardzo jej nie doceniał. Teraz wszystkie łzy, które wypłakała przez jego nałóg bolały jeszcze bardziej.
Trzydzieści lat po jej odejściu zapisał się na koło AA. Miał wtedy piędziesiąt lat. Ale chyba nigdy nie jest za późno, żeby się poprawić? Szukał jej. Przeszukał całą Anglię, bezskutecznie.
Miał nadzieję, że wróci. Czekał na miłość. Starał się nie marnować czasu. Raz nawet w wieku pięćdziesięciu lat wybrał się do mugolskiego kościoła, tego o którym opowiadała mu Hermiona. W tym samym kościele, w tej samej ławce w wieku ośmiu lat.
Nie raz wyobraźnia stwarzała mu obraz małej rozczochranej dziewczynki stojącej grzecznie ze złożonymi rękami i wymawianiuwszystkich jej znanych modlitw. A mała Hermiona napewno znała ich mnóstwo. Moja Hermiona.
Gdzie ona teraz była? Czy wiedziała, że on się już zmienił?
Czy ma męża, dzieci, wnuki? Jak teraz wygląda jej życie bez niego?
Fred do końca życia myślał o Hermionie. Cały ten czas czekał na miłość.
- Żegnaj, Freddy.- szepnęła. Założyła płasz i szalik. Wymknęła się z domu, a rudowłosy spał słodkim snem nie zdając sobie sprawy, że miłość jego życia odeszła.
Od pewnego czasu Fred Wasley miał problem z alkoholem. Po stracie brata to w alkoholu odnalazł ukojenie od bólu.
Jedynym plusem wojny (o ile wojna ma jakieś plusy) było to że odnalazł miłość.
Hermiona Georger pokłóciła się wtedy z Ronaldem. Fred nie czekał ani chwili. Walczył o jej uczucie, dyskretnie, ale całym sercem. Udało się i między nimi zaiskrzyło. Ale każda miłość przynosi cierpienie. Ono spadło wtedy na Rona. Do dnia dzisiejszego, a minęło prawie siedemdziesiąt lat, nie odzywają się do siebie. A Hermiona jak uciekła, tak nie wróciła.
Fredowi przyszło poradzić sobie z wieloma kłopotami. Chodził na mugolskie spotkania Anonimowych Alkoholików. Spędzał dużo czasu w rodzinnym domu razem z Molly i Arturem. Byli już za starzy i nie potrafili sami się sobą zająć. Patrzył na dzieci swoich braci. Patrzył jak ich życie się układa. Natomiast jego musiało legnąć w gruzach po to by potem mógł je naprawić.
Żałował tych czterdziestu zmarnowanych lat. Nie dbał o nic i nikogo. W ten sposób stracił wszystko.
Hermiona opuściła go dokładnie dwa tygodnie przed gwiazdką w dwutysięcznym piątym roku. Nie widział jej od tej pory.
Jedyną pamiątką po niej było ich wspólne zdjęcie, które leżało na stoliku nocnym. Zawsze nocą patrzył na nie i zastanawiał się co by się stało gdyby nie popadł w nałóg. Hermiona była dzielną dziewczyną. Teraz już wiedział jak bardzo jej nie doceniał. Teraz wszystkie łzy, które wypłakała przez jego nałóg bolały jeszcze bardziej.
Trzydzieści lat po jej odejściu zapisał się na koło AA. Miał wtedy piędziesiąt lat. Ale chyba nigdy nie jest za późno, żeby się poprawić? Szukał jej. Przeszukał całą Anglię, bezskutecznie.
Miał nadzieję, że wróci. Czekał na miłość. Starał się nie marnować czasu. Raz nawet w wieku pięćdziesięciu lat wybrał się do mugolskiego kościoła, tego o którym opowiadała mu Hermiona. W tym samym kościele, w tej samej ławce w wieku ośmiu lat.
Nie raz wyobraźnia stwarzała mu obraz małej rozczochranej dziewczynki stojącej grzecznie ze złożonymi rękami i wymawianiuwszystkich jej znanych modlitw. A mała Hermiona napewno znała ich mnóstwo. Moja Hermiona.
Gdzie ona teraz była? Czy wiedziała, że on się już zmienił?
Czy ma męża, dzieci, wnuki? Jak teraz wygląda jej życie bez niego?
Fred do końca życia myślał o Hermionie. Cały ten czas czekał na miłość.
poniedziałek, 28 marca 2016
DRABBLE: Scorpius x Albus: I like your lips
Dawno nie było miniaturek. Miałam wstawić ją dopiero za tydzień, może później, ale wyszło Drabble- jak tu nie spróbować? Moje pierwsze Drabble, jestem dumna! Mam nadzieję, że Wam również się spodoba, a za sześć dni przychodzę z Fremione.
Ta stusłowna historia będzie miała swoją kontynuację, którą zamieszczę w przyszłym miesiącu.
Ta stusłowna historia będzie miała swoją kontynuację, którą zamieszczę w przyszłym miesiącu.
Głośna muzyka, typowe ślizgońskie imprezy. Nie wiele pamiętam.
Ognista robi swoje. Jakaś ręka prowadzi mnie w stronę sypialni.
Wiedziałem co się stanie, pomimo otumanienia byłem na to gotów.
Miałem ochotę, rzadko kiedy nie mam. Wiecznie młody nie będę,
a skoro i jej taki ukłat pasuje...
tata nie byłby dumny, gdyby wiedział co dzieje się za murami Hogwartu.
Och nie myśl o tym Al! Zamyka drzwi, a ja siedzę na łóżku.
Cholera nie mogę się doczekać. Staję przede mną.
Jestem zszokowany, to nie ona, tylko ON.
Do tego Scorpius. Czy jest pijany? Schyla się i zaczyna mnie całować.
Całuje bardzo dobrze.
Ognista robi swoje. Jakaś ręka prowadzi mnie w stronę sypialni.
Wiedziałem co się stanie, pomimo otumanienia byłem na to gotów.
Miałem ochotę, rzadko kiedy nie mam. Wiecznie młody nie będę,
a skoro i jej taki ukłat pasuje...
tata nie byłby dumny, gdyby wiedział co dzieje się za murami Hogwartu.
Och nie myśl o tym Al! Zamyka drzwi, a ja siedzę na łóżku.
Cholera nie mogę się doczekać. Staję przede mną.
Jestem zszokowany, to nie ona, tylko ON.
Do tego Scorpius. Czy jest pijany? Schyla się i zaczyna mnie całować.
Całuje bardzo dobrze.
sobota, 26 marca 2016
Rozdział 8. Tell me if I'm right
- Czekam na wyjaśnienia.- oznajmiam po zamknięciu drzwi do klasy i użyciu paru przydatnych zaklęć.
- Hermiono, masz moje słowo, że dowiedziałam się o tym dopiero dzisiaj!- policzki Ginny nabrały barwę szkarłatu.
- Napewno?- pytam podejrzliwie. Ginny wyciąga ręcę, a ja rzucam krótkie, przydatne zaklęcie prawdy.
- Czy nie miałaś nic wspólnego z artykułem dotyczącym mnie i Malfoya?- pytam po raz kolejny.
- Nie.- Ginny odpowiada, a jej dłonie nie przybierają czerwonej barwy, jak to zwykle się staje gdy ktoś kłamie. Chowam różdżkę i przytulam przyjaciółkę.
- To musi być Rose...- Ginny nie spuszcza ze mnie wzroku. Ja również nie omijam jej oczu.- Pogadam z nią.
- Idę z tobą.- patrzę na nią uparcie. Nie pozbędzie się mnie tak łatwo.
- No dobrze. Za chwilę dzwonek, może przełożymy to na porę obiadu?- pyta. Ma rację, nie ma sensu teraz się tym zajmować. Zwłaszcza dlatego, że Ginny zaczyna już lekcje. Wracam do Pokoju Wspólnego.
Spakowałam torbę i poszłam na zaklęcia. Ciężko było mi się skupić na lekcji, kiedy czułam na sobie wzrok Rona. Moje myśli są pogmatwane. To nie może być prawda! Dlaczego ja? Zaciskam dłonie w pięści, by nikt nie zauważył jak się trzęsą. Powoli, najdyskretniej jak potrafię odwracam głowę. Teodor nawet na mnie nie patrzy. Zagryzam wargę. Jak się wytłumaczę mu?
Dokładnym jego przeciwieństwem jest Ron. Nie odrywa ode mnie wzroku. Staram się go ignorować. Ignoruję go.
Jakimś cudem lekcja mija. Pakuję się najszybciej jak potrafię i czekam przed klasą na Teodora. Ron zauważa mnie i idzie w moim kierunku. Na szczęście Harry ciągnie go za rękę. Nie mam pojęcia jak odwdzięczę się czarnowłosemu. Ślizgon się nie śpieszy. Z klasy wychodzi jako ostatni.
- Teo!- wołam go i łapię za rękę. Odwraca się i patrzy na mnie z wyższością.
- Mmm?- posyła mi zniecierpliwione spojrzenie jakby się śpieszył. Napewno się spieszył kiedy wychodził z sali.
- Musimy pogadać.- rozluźniam uścisk na jego dłoni.
- Ja nic nie muszę.- akcentuje ostatnie słowa. Odwraca się i idzie przed siebie. Ze zdziwieniem zauważam, że jestem nie tyle smutna co wściekła. Tupię nogą, a niesforny kosmyk spada mi na czoło. Nie chcesz, Teodorze- to nie.
Pare lekcji później czekam na Ginny przed Wielką Salą. Widzę jak jej sylwetka się przybliża i o dziwo nie jest sama. Towarzyszy jej Luna.
- Cześć, Hermiono
- Cześć, Luna.
Po chwili wtajemniczają mnie w rozmowę jaka mnie ominęła.
- Pożyczyłam mapę Huncwotów od Harry'ego.
- A on o tym wie?- posyłam jej rozbawiony uśmiech. Kiwa twierdząco głową.- Więc idziemy do sowiarni?- zadaję drugie ważne pytanie. Znów potwierdza moje słowa.
Luna podąża za nami w milczeniu. Kiedy jesteśmy na schodach ja Ginny również milkniemy. Ktoś płacze. Dokładniej mówiąc ona. Rosalie White. Nigdy nie miałam z nią doczynienie, nie to co Ginny czy Luna.
- Rose?- pyta Luna.
- Idź sobie, Lovegood. Nie mam humoru.
- Rose, ale tak nie można. Powinnaś pogadać z Hermioną.
- Nie, Luna. Ja nie mogę! Nie po tym co zrobiłam.
Podchodzę do nich. White milknie momentalnie i patrzy na mnie wielkimi oczami.
- Dlaczego to zrobiłaś?- to jedyne o czym potrafię myśleć.
- Dla żartu.- mówi tak sarkastycznie, że gryzę policzki od wewnętrznej strony. Mogłabym w tej chwili ją uderzyć.
- słaby żart.- wzdycham.
- Napewno nie dla tego idioty Malfoya. Zresztą... nie ważne.- co ona ukrywa?
- Nie ważne... co?
- nic.
piątek, 11 marca 2016
Rozdział 7. Tell me if I'm wrong
Gwiazdy rozypane były na czarnym niebie. My, głowa przy głowie, szukamy tej jednej jedynej. Nie potrzebuje żadnych upewnień, że jest obok. Zdaję sobie z tego świetnie sprawę. Nasze milczenie jest wystarczająco wymowne. Teodor podpiera głowę rękami, teraz patrzy mi w oczy. Ma piękne szare oczy. Kto by pomyślał, że to wszystko zaczęło się od naszego zderzenia?
- Lubię cię.- wyznaję mu.
- Ja ciebie też- odpowiada. Oboje mówimy prawdę. Jego oczy momentalnie się powiększają. Jego oczy są tuż przy moich. Jego usta są tuż przy moich. To zupełnie inny świat. Mój brzuch wariuje. Motylki odbijają się od ścian żołądka. To nasz drugi pocałunek. Czy kiedykolwiek poznam większą rozkosz niż jego pocałunki? Odsuwa się ode mnie i uważnie przygląda. Moją uwagę przykuwa jednak co innego.
- Pomyśl życzenie, Teo!- radzę. Spadająca gwiazda nie będzie wiecznie spadać.
- Chcę byś ze mną była.- kładzie pocałunki na mojej szyi.
- Nie mów tego na głos, bo się nie spełni!- śmieję się.
- Zostaniesz moją dziewczyną?- podnosi się do pozycji siedzącej i patrzy na mnie poważnie. Również się podnoszę.
- Owszem.- uśmiecham się lekko.
- I niby co? Życzenie się spełniło! A jakie było twoje?- pyta wyraźnie z siebie zadowolony.
- Nie powiem.- zagryzam wargę, a on kładzie swoją dłoń na moim policzku. Chcę poznać być szczęśliwa, ciekawe czy gwiazda rzeczywiście spełni moją proźbę.
Ziewnam ze zmęczenia.
- Może chcesz już wrócić?- pyta. Kiwam jedynie głową. Jest już grubo po północy. Teodor pomaga mi wstać. Zaklęciem odnosi koc i koszyk piknikowy do swojego pokoju. Odprowadza mnie pod portret Grubej Damy.
- Do zobaczenia jutro.- kolejne ziewnięcie wyrywa mi się z piersi. Jestem zadowolona, że jutro nie muszę wstać z samego rana. Są również minusy jutrzejszego dnia, ale o nich jeszcze nie chcę myśleć. Przytulam się do Teodora. Mogłabym tak zostać w jego objęciach na dłużej. Niestety nic nie może wiecznie trwać. To co dobra trwa najkrócej.
- Do zobaczenia, księżniczko.- złożył pocałunek na moim czole.
- Co ty tu robisz o tej porze?- zaskrzeczała Gruba Dama.- Jest trzecia nad ranem!
- Dumbledor.- wypowiadam hasło, by zakończyć te niepotrzebne konwersacje. Wchodzę do Pokoju, który o dziwo nie jest pusty. Na fotelu siedzi Harry i czyta mnóstwo książek.
- Harry?
- Hermiona? Co ty tu robisz o tej porze? Gdzie byłaś?- Harry zaczerwienił się.
- Spotkałam się z Teodorem, tylko nie mów Ronowi!- zielonooki kiwa głową.- A ty co tu robisz?- pytam.
- Pomagam Parkinson.- zaczerwienił się jeszcze bardziej.
- Dlaczego?- pytam.
- Nie wiem. Chyba po prostu dlatego bo ją lubię.- chyba nagle dywan wydał się Harremu niesamowicie ciekawy.
- Ona ciebie chyba też lubi.- stwierdzam. Podnosi zdziwiony głowę. Opowiadam mu po części to co mi Ginny.
- Naprawdę tak powiedziała?- Harry był cały czerwony, a wszystkie książki porozrzucane na stoliku.
- Pomagam jej odnaleźć biologiczną matkę. Po śmierci rodziców dowiedziała się, że jej ojciec zdradził matkę z mugolką. Teraz poszukujemy jej biologicznej matki.
- W czarodziejskich książkach?- pytam zdziwiona.
- Szukamy jakiegoś zaklęcia by móc ją odnaleźć.
- Poczekaj, Harry!- wysilam szare komórki. Już nawet nie jestm śpiąca.- Gdzieś o tym słyszałam...- przygryzam wargę.- Nie potrafię sobię teraz tego przypomnieć, ale gdy tylko przyjdzie mi coś do głowy od razu ci powiem.
- Dziękuję, Hermiono!- Harry przytula mnie do siebie.- Może lepiej idź już spać, jest już późno
Jak na potwierdzenie tych słów ziewa.
- Ty też się kładź- radzę i idę w stronę dorminotrium.
Momentalnie zasypiam gdy moja twarz styka się z poduszką. Pościel jest przyjemnie miękka. Kojarzy mi się z domowym ciepłem. Łza zmoczyła moją poduszkę, ta jedna jedyna.
Następnego dnia budzi mnie sowa stukająca o szybę. Kiedy to moje życie stało się takie zabiegane? Miałam odpocząć po śmierci Voldemorta! Niechętnie wstaję z łóżka i otwieram okno. Sówka wlatuje. Do nóżki ma przyczepioną małą białą kartkę. Odczepiam ją, a sówka nadal czeka. Widocznie na odpowiedź.
Czy o piętnastej też by ci pasowało? O szesnastej mam coś innego do załatwienia. D.
No tak, pewnie szanowny dupek ma poważniejsze plany. Odpisuję mu na tej samej kartce. Skoro ma takie ważne sprawy, niech mu będzie.
W ten sposób od razu po obiedzie poszłam do biblioteki. Malfoy już czekał przy stoliku z jakąś książką w ręku.
Przysiadłam się do niego. Nawet nie zaszczycił mnie swoim spojrzeniem.
- Umawialiśmy sie na piętnastą.- wzdycha ze znóżeniem. Unoszę brwii.
- Przecież jestem!
- Już pięć minut po piętnastej.- Nie patrz na mnie. Dalej szuka jakiejś informacji w książce.- Możesz się tak na mnie nie patrzeć?- zarumieniłam się, a on po raz pierwszy na mnie spojrzał.
- Masz jakieś domysły kto to mógł być?- pytam.
- Jakiś ślizgon. Żaden Gryfon, Puchon albo Krukon nie wymyślił by czegoś takiego.
- Czy ja wiem? Równie dobrze mogli to być Krukoni.
- Wątpię. To typowy ślizgoński plan.- uśmiechnął się ironicznie. Poprawiłam włosy, by nie musieć patrzyć w jego szare tęczówki. Tak podobne, a jednocześnie tak inne od tych Teodora.
- Dobrze. Załóżmy, że to ślizgon. Co dalej?
- Nie wiem. Mógłby to być każdy.
- Powinniśmy, a zwłaszcza ty.- wskazałam na niego palcem.- przyjrzeć się ślizgonom.
Wzruszył ramionami. Zirytowałam mnie jego gest.
Rozmyślaliśmy dalje podając imiona wszystkich naszych wrogów.
- Długo jeszcze, Malfoy?- pytam po dwudziestej osobie jaką wymienił. Głowę opierałam na rękach.
- Wiesz to przykre jak dużo osób mi zazdrości.
- Niby czego?
- Jestem przystojny, bystry, mam kase. Wymieniać dalej?- pyta retorycznie.
Spędzenie z nim godziny nie było dobrym pomysłem. Okropna godzina. Wracam do Pokoju Wspólnego. Opowiada Ginny o całej histori z Malfoyem. Kiedyś i tak napewno by się dowiedziała. Czas minął szybko i znów musiałam pójść do Wielkiej Sali na kolację.
Przyszedł upragniony przez Hogwardzką młodzież poniedziałek. Czujesz ten sarkazm? Jak zwykle z samego rana wszyscy czytali "Plotkarski Hogwart". Gazetkę prowadzoną przez mieszkanki trzech domów: Slytherinu, Gryffindoru i Ravenclawu.
Czytałam go tylko i wyłącznie by nie zrobić przykrości Ginny. Była jedną z głównych redaktorek razem z Luną i Rosalie White*. na pierwszej okładce byłam ja z Malfoyem. Uśmiechałam się w jego kierunku. Sama w to nie wierzyłam.
*Nowa postać, wymyślona przeze mnie. Zdradzę wam w sekrecie, że ma wspólne korzeniem razem z jednym z bohaterów. Domyślacie się z kim?
- Lubię cię.- wyznaję mu.
- Ja ciebie też- odpowiada. Oboje mówimy prawdę. Jego oczy momentalnie się powiększają. Jego oczy są tuż przy moich. Jego usta są tuż przy moich. To zupełnie inny świat. Mój brzuch wariuje. Motylki odbijają się od ścian żołądka. To nasz drugi pocałunek. Czy kiedykolwiek poznam większą rozkosz niż jego pocałunki? Odsuwa się ode mnie i uważnie przygląda. Moją uwagę przykuwa jednak co innego.
- Pomyśl życzenie, Teo!- radzę. Spadająca gwiazda nie będzie wiecznie spadać.
- Chcę byś ze mną była.- kładzie pocałunki na mojej szyi.
- Nie mów tego na głos, bo się nie spełni!- śmieję się.
- Zostaniesz moją dziewczyną?- podnosi się do pozycji siedzącej i patrzy na mnie poważnie. Również się podnoszę.
- Owszem.- uśmiecham się lekko.
- I niby co? Życzenie się spełniło! A jakie było twoje?- pyta wyraźnie z siebie zadowolony.
- Nie powiem.- zagryzam wargę, a on kładzie swoją dłoń na moim policzku. Chcę poznać być szczęśliwa, ciekawe czy gwiazda rzeczywiście spełni moją proźbę.
Ziewnam ze zmęczenia.
- Może chcesz już wrócić?- pyta. Kiwam jedynie głową. Jest już grubo po północy. Teodor pomaga mi wstać. Zaklęciem odnosi koc i koszyk piknikowy do swojego pokoju. Odprowadza mnie pod portret Grubej Damy.
- Do zobaczenia jutro.- kolejne ziewnięcie wyrywa mi się z piersi. Jestem zadowolona, że jutro nie muszę wstać z samego rana. Są również minusy jutrzejszego dnia, ale o nich jeszcze nie chcę myśleć. Przytulam się do Teodora. Mogłabym tak zostać w jego objęciach na dłużej. Niestety nic nie może wiecznie trwać. To co dobra trwa najkrócej.
- Do zobaczenia, księżniczko.- złożył pocałunek na moim czole.
- Co ty tu robisz o tej porze?- zaskrzeczała Gruba Dama.- Jest trzecia nad ranem!
- Dumbledor.- wypowiadam hasło, by zakończyć te niepotrzebne konwersacje. Wchodzę do Pokoju, który o dziwo nie jest pusty. Na fotelu siedzi Harry i czyta mnóstwo książek.
- Harry?
- Hermiona? Co ty tu robisz o tej porze? Gdzie byłaś?- Harry zaczerwienił się.
- Spotkałam się z Teodorem, tylko nie mów Ronowi!- zielonooki kiwa głową.- A ty co tu robisz?- pytam.
- Pomagam Parkinson.- zaczerwienił się jeszcze bardziej.
- Dlaczego?- pytam.
- Nie wiem. Chyba po prostu dlatego bo ją lubię.- chyba nagle dywan wydał się Harremu niesamowicie ciekawy.
- Ona ciebie chyba też lubi.- stwierdzam. Podnosi zdziwiony głowę. Opowiadam mu po części to co mi Ginny.
- Naprawdę tak powiedziała?- Harry był cały czerwony, a wszystkie książki porozrzucane na stoliku.
- Pomagam jej odnaleźć biologiczną matkę. Po śmierci rodziców dowiedziała się, że jej ojciec zdradził matkę z mugolką. Teraz poszukujemy jej biologicznej matki.
- W czarodziejskich książkach?- pytam zdziwiona.
- Szukamy jakiegoś zaklęcia by móc ją odnaleźć.
- Poczekaj, Harry!- wysilam szare komórki. Już nawet nie jestm śpiąca.- Gdzieś o tym słyszałam...- przygryzam wargę.- Nie potrafię sobię teraz tego przypomnieć, ale gdy tylko przyjdzie mi coś do głowy od razu ci powiem.
- Dziękuję, Hermiono!- Harry przytula mnie do siebie.- Może lepiej idź już spać, jest już późno
Jak na potwierdzenie tych słów ziewa.
- Ty też się kładź- radzę i idę w stronę dorminotrium.
Momentalnie zasypiam gdy moja twarz styka się z poduszką. Pościel jest przyjemnie miękka. Kojarzy mi się z domowym ciepłem. Łza zmoczyła moją poduszkę, ta jedna jedyna.
Następnego dnia budzi mnie sowa stukająca o szybę. Kiedy to moje życie stało się takie zabiegane? Miałam odpocząć po śmierci Voldemorta! Niechętnie wstaję z łóżka i otwieram okno. Sówka wlatuje. Do nóżki ma przyczepioną małą białą kartkę. Odczepiam ją, a sówka nadal czeka. Widocznie na odpowiedź.
Czy o piętnastej też by ci pasowało? O szesnastej mam coś innego do załatwienia. D.
No tak, pewnie szanowny dupek ma poważniejsze plany. Odpisuję mu na tej samej kartce. Skoro ma takie ważne sprawy, niech mu będzie.
W ten sposób od razu po obiedzie poszłam do biblioteki. Malfoy już czekał przy stoliku z jakąś książką w ręku.
Przysiadłam się do niego. Nawet nie zaszczycił mnie swoim spojrzeniem.
- Umawialiśmy sie na piętnastą.- wzdycha ze znóżeniem. Unoszę brwii.
- Przecież jestem!
- Już pięć minut po piętnastej.- Nie patrz na mnie. Dalej szuka jakiejś informacji w książce.- Możesz się tak na mnie nie patrzeć?- zarumieniłam się, a on po raz pierwszy na mnie spojrzał.
- Masz jakieś domysły kto to mógł być?- pytam.
- Jakiś ślizgon. Żaden Gryfon, Puchon albo Krukon nie wymyślił by czegoś takiego.
- Czy ja wiem? Równie dobrze mogli to być Krukoni.
- Wątpię. To typowy ślizgoński plan.- uśmiechnął się ironicznie. Poprawiłam włosy, by nie musieć patrzyć w jego szare tęczówki. Tak podobne, a jednocześnie tak inne od tych Teodora.
- Dobrze. Załóżmy, że to ślizgon. Co dalej?
- Nie wiem. Mógłby to być każdy.
- Powinniśmy, a zwłaszcza ty.- wskazałam na niego palcem.- przyjrzeć się ślizgonom.
Wzruszył ramionami. Zirytowałam mnie jego gest.
Rozmyślaliśmy dalje podając imiona wszystkich naszych wrogów.
- Długo jeszcze, Malfoy?- pytam po dwudziestej osobie jaką wymienił. Głowę opierałam na rękach.
- Wiesz to przykre jak dużo osób mi zazdrości.
- Niby czego?
- Jestem przystojny, bystry, mam kase. Wymieniać dalej?- pyta retorycznie.
Spędzenie z nim godziny nie było dobrym pomysłem. Okropna godzina. Wracam do Pokoju Wspólnego. Opowiada Ginny o całej histori z Malfoyem. Kiedyś i tak napewno by się dowiedziała. Czas minął szybko i znów musiałam pójść do Wielkiej Sali na kolację.
Przyszedł upragniony przez Hogwardzką młodzież poniedziałek. Czujesz ten sarkazm? Jak zwykle z samego rana wszyscy czytali "Plotkarski Hogwart". Gazetkę prowadzoną przez mieszkanki trzech domów: Slytherinu, Gryffindoru i Ravenclawu.
Czytałam go tylko i wyłącznie by nie zrobić przykrości Ginny. Była jedną z głównych redaktorek razem z Luną i Rosalie White*. na pierwszej okładce byłam ja z Malfoyem. Uśmiechałam się w jego kierunku. Sama w to nie wierzyłam.
GRANGER FLIRTUJE Z MALFOYEM?
Głosił tytuł. Cholera jasna!*Nowa postać, wymyślona przeze mnie. Zdradzę wam w sekrecie, że ma wspólne korzeniem razem z jednym z bohaterów. Domyślacie się z kim?
wtorek, 8 marca 2016
Rozdział 6. We’re afire love
Wracamy do Pokoju Wspólnego. Nie ominęły nas wyjaśnienia. Lavender nawet nie ukrywa złości, bez skrupułów patdzy to na mnie, to na Rona. Nie mam czasu o niej myśleć, muszę znaleźć Teodora. Jeśli Malfoy nas widział Teo napewno już wszystko wie z szczegółami, które nie miały miejsca.
Przebieram się i żegnam przyjaciół.
- Później wytłumaczę.- szepczę Ginny. Dyskretnie kiwa głową nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
Szukam go po całej szkole. Godzinę przeszukiwałam korytarze, póki nie przyszło mi na myśl, że może spacerować po błoniach. Nie myliłam się. Teodor siedział na ławce. O i kto by się spodziewał? Obok niego Malfoy z Parkinson i Zabinim. Jakieś sto metrów dalej stali Crabble i Goyle.
Najpierw zauważa mnie Parkinson i znacząco chrząka, głowy pozostałych podążają za jej wzrokiem.
- Hermiona.- Teodor mówi entuzjastycznie, wstaje. Podchodzę bliżej i go przytulam.
- Możemy pogadać?- nie zdążyłam przed Malfoyem, niech lepiej powie mi od razu, że lepiej by było gdybym sobie poszła.
- Nie ma sprawy.- kiwa głową na ślizgonów. Odchodzą bez słowa. Malfoy nie zaszczyca mnie nawet spojrzeniem, nie to co Parkinson. Dyskretnie odwracam się za nimi. Pansy złapała Malfoya za rękę. Co z Harrym?- pomyślałam.
Siadamy na tej samej ławce, na której wcześniej siedział. Drzewo rzuca na nas swój cień.
- O czym chciałaś pogadać?- pyta zdawkowym tonem.
- Malfoy pewnie zdążył ci naopowiadać na ten temat wiele głupot...- zagryzam wargę.
- Jakich głupot?- Marszczy brwii.
- Tego co wydarzyło się dziś rano...
- coś się wydarzyło?- on chyba ze mną gra.Nie mógł nie wiedzieć.
- Nie wierzę, że Malfoy ci nic nie mówił!
- Hermiono powiedz mi o co ci chodzi!- zgania mnie.
- Malfoy widział mnie z samego rana jak wychodziłam z Pokoju Życzeń z Ronem.
- Spałaś z Weasleyem?- patrzy na mnie oskarżycielsko.
- Nie!
- To jakim cudem....
- Już tłumaczę. Ronald wczoraj się upił. Nie był w stanie chodzić. Spędziliśmy noc w Pokoju Wspólnym. Między mną a nim do niczego nie doszło. Malfoy nic ci nie mówił?
- Nie.- patrzy na mnie rozbawiony.- Ogólnie rzecz biorąc rzadko o tobie mówi.
- Dziś o północy,Wieża Astronomiczna.
- Okey. Coś wziąć?
- Uśmiech.- uderzam go w ramię.
- Mówię poważnie!
- Nic nie musisz brać.
Idę do Wielkiej Sali. W brzuchu mi burczy. Czy jadłam dziś śniadanie? Nie pamiętałam. Bardziej liczył się dla mnie objad, który właśnie nadszedł. Siadam obok przyjaciół. Dziesięć minut później mój talerz jest kompletnie pusty i kończę mój sok. Już mam zamiar wstać, kiedy Ginny łapie mnie za rękę.
- Będziesz mi się tłumaczyć. Za godzinę w dorminotrium.- szepcze do mojego ucha.
- Okey.- mruczę.
Wychodzę z sali. Mijam pusty korytarz. Skręcam w lewo i.... czuję uścisk na ręcę. Ktoś ciągnie mnie do ciemnego kąta. Zasłania mi ręką usta. Ma długie, zimne palce. Nie mogę krzyczeć. Oddycha tuż przy moim uchu. Jego ciało jest bardzo blisko mojego. Czuję przyjemny zapach męskich perfum.
- Na ile frontów lecisz, Granger?- pyta sarkastycznie. Znam ten głos.- Weasley, okey- jeszcze rozumiem, ale po jaką cholerę kręcisz z Nottem? Może mi się to nie podoba? Wiesz co mi się jeszcze nie podoba? Twój list do mnie.
Chciałabym powiedzieć mu mnóstwo rzeczy, ale jego dłoń na nic mi nie pozwala. Z całej siły odpycham go od siebie. Daje mi to tylko chwilową przewagę. Wystarczy mi tylko chwila.
- Jaki list? Nic do ciebie nie pisałam!- posyłam mu wrogie spojrzenie.
- Jaki?- pyta i podaje mi pogięty świstek papieru.- Drogi Malfoyu,
Od siedmiu lat walczę z sobą, żeby w ten dzień do Ciebie napisać. Kończymy naszą przygodę w Hogwardzie, pozostała mi ostatnia szansa. Muszę przełamać ten mur nienawiści jaki między nami powstał przez te wszystkie lata. Ograniczę się do prostych słów.
Kocham Cię
I nawet jeśli nie będziesz wiedział od kogo jest ten list, wiedz, że pod tą maską jaką na codzień zakładam chowa się zakochana dziewczyna.
Na zawsze twoja, G.- wyrecytował.
- Dostałam taki sam.- stwierdzam.
Unosi brew.
- Nie wierzę.
- Accio list od M!- świstek papieru po paru minutach czyta.
- Ktoś się z nas nabija.- zaciska szczękę. Widzę to w półmroku jaki panuje.
- Ale kto?- patrzę na niego. Skupiona na zaciśniętej szczęce.
- Och, Granger. Gdybym wiedział ten ktoś już dawno by nie żył.- mówi to tak lekkim tonem, że mam dreszcz.
- Musimy dowiedzieć się kto to.
- My? Jakie my?- patrzy na mnie z wyższością. Nienawidzę tego wzroku. Mam ochotę go uderzyć.
- Masz rację. Ja również nie miałabym ochoty współpracować z takim dupkiem.- unosi rozbawioną brew.
- Jaka szkoda, że jutro spotykamy się w bibliotece. Masz tam być. Inaczej... lepiej nawet nie sprawdzaj. Możesz uznać to za tymczasowe zawieszenie broni.- jestem zdziwiona jego nagłą zmianą podejścia do tematu.
- O której?- mam nadzieję, że nie widać po mnie zdziwienia.
- Szesnasta?
Kiwam głową i zostawiam go samego. Wróciłam do dorminotrium. Na moje nieszczęście siedziała tam Lavender i... o Godryku! ... płakała.
- Lav?- pytam.
- Idź sobie!- mieszanka tuszu i łez wygląda strasznie na jej twarzy.
Podchodzę bliżej i kładę rękę na jej ramieniu. Siadam na jej łóżku.
- Dlaczego taka jesteś?- pyta. Mam wyrzuty sumienia. Nie ranię jej specialnie.
- To nie tak Lavender. To tak nie wygląda. Powinnaś o tym rozmawiać z Ronem.
- Nie dam rady!- wzdycha i patrzy mi w oczy. Rumienię się.
- Powinnaś to zrobić.
Pomagam jej się pozbierać. Wychodzi na spotkanie z Ronem. Życzę jej powodzenia. Może w ten sposób pozbędę się Rona? Wstyd mi za te myśli.
Pare minut później przychodzi Ginny.
- Opowiadaj.- zaczyna bez ogródek.
- Nic ciekawego.
- Hermiono, obie wiemy, że nie umiesz kłamać.
- Ronald wczoraj się upił.
- Wiedziałam, że ta wasza gatka o tym, że tam zasnął jest nie prawdziwa!- po chwili dodała ciszej- Ron ma chyba problemy z alkoholem. Odkąd tylko umarł George, podobnie zresztą jak Fred...- spojrzałam na nią smutno. Biedaczka. Wojna zostawiła piętno na jej rodzinie. Bolesne piętno.
- Nie mogłam z nim w takim stanie wrócić. Co by było gdyby zobaczył nas jakiś duch, albo co gorsza nauczyciel? Spędziliśmy tam noc. Oczywiście nie doszło między nami do niczego.
- Wkońcu niby jak? Napewno nie zgodziłabyś się!- Ginny uśmiecha się smutno. Nadal myśli o Georgu.
- Z samego rana wybiegłam z pokoju.
- Powiedz tylko, Godryku, że byłaś ubrana!
- Oczywiście, ale zobaczył nas Malfoy.
- Powiedział Teodorowi?
- O dziwo nie.
- Nie gadaj!
- Mhm. Sama się mu wygadałam.- Ginny bezgłośnie poruszyła wargami "wtopa". Pokiwałam głową.- Jesteśmy jeszcze umówieni dzisiaj o północy.
Nie wspomniałam jej o Malfoyu, bo wkońcu i po co? Przecież to nic istotnego. Musiałabym wtedy opowiedzieć jej o liście.
Przebieram się i żegnam przyjaciół.
- Później wytłumaczę.- szepczę Ginny. Dyskretnie kiwa głową nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
Szukam go po całej szkole. Godzinę przeszukiwałam korytarze, póki nie przyszło mi na myśl, że może spacerować po błoniach. Nie myliłam się. Teodor siedział na ławce. O i kto by się spodziewał? Obok niego Malfoy z Parkinson i Zabinim. Jakieś sto metrów dalej stali Crabble i Goyle.
Najpierw zauważa mnie Parkinson i znacząco chrząka, głowy pozostałych podążają za jej wzrokiem.
- Hermiona.- Teodor mówi entuzjastycznie, wstaje. Podchodzę bliżej i go przytulam.
- Możemy pogadać?- nie zdążyłam przed Malfoyem, niech lepiej powie mi od razu, że lepiej by było gdybym sobie poszła.
- Nie ma sprawy.- kiwa głową na ślizgonów. Odchodzą bez słowa. Malfoy nie zaszczyca mnie nawet spojrzeniem, nie to co Parkinson. Dyskretnie odwracam się za nimi. Pansy złapała Malfoya za rękę. Co z Harrym?- pomyślałam.
Siadamy na tej samej ławce, na której wcześniej siedział. Drzewo rzuca na nas swój cień.
- O czym chciałaś pogadać?- pyta zdawkowym tonem.
- Malfoy pewnie zdążył ci naopowiadać na ten temat wiele głupot...- zagryzam wargę.
- Jakich głupot?- Marszczy brwii.
- Tego co wydarzyło się dziś rano...
- coś się wydarzyło?- on chyba ze mną gra.Nie mógł nie wiedzieć.
- Nie wierzę, że Malfoy ci nic nie mówił!
- Hermiono powiedz mi o co ci chodzi!- zgania mnie.
- Malfoy widział mnie z samego rana jak wychodziłam z Pokoju Życzeń z Ronem.
- Spałaś z Weasleyem?- patrzy na mnie oskarżycielsko.
- Nie!
- To jakim cudem....
- Już tłumaczę. Ronald wczoraj się upił. Nie był w stanie chodzić. Spędziliśmy noc w Pokoju Wspólnym. Między mną a nim do niczego nie doszło. Malfoy nic ci nie mówił?
- Nie.- patrzy na mnie rozbawiony.- Ogólnie rzecz biorąc rzadko o tobie mówi.
- Dziś o północy,Wieża Astronomiczna.
- Okey. Coś wziąć?
- Uśmiech.- uderzam go w ramię.
- Mówię poważnie!
- Nic nie musisz brać.
Idę do Wielkiej Sali. W brzuchu mi burczy. Czy jadłam dziś śniadanie? Nie pamiętałam. Bardziej liczył się dla mnie objad, który właśnie nadszedł. Siadam obok przyjaciół. Dziesięć minut później mój talerz jest kompletnie pusty i kończę mój sok. Już mam zamiar wstać, kiedy Ginny łapie mnie za rękę.
- Będziesz mi się tłumaczyć. Za godzinę w dorminotrium.- szepcze do mojego ucha.
- Okey.- mruczę.
Wychodzę z sali. Mijam pusty korytarz. Skręcam w lewo i.... czuję uścisk na ręcę. Ktoś ciągnie mnie do ciemnego kąta. Zasłania mi ręką usta. Ma długie, zimne palce. Nie mogę krzyczeć. Oddycha tuż przy moim uchu. Jego ciało jest bardzo blisko mojego. Czuję przyjemny zapach męskich perfum.
- Na ile frontów lecisz, Granger?- pyta sarkastycznie. Znam ten głos.- Weasley, okey- jeszcze rozumiem, ale po jaką cholerę kręcisz z Nottem? Może mi się to nie podoba? Wiesz co mi się jeszcze nie podoba? Twój list do mnie.
Chciałabym powiedzieć mu mnóstwo rzeczy, ale jego dłoń na nic mi nie pozwala. Z całej siły odpycham go od siebie. Daje mi to tylko chwilową przewagę. Wystarczy mi tylko chwila.
- Jaki list? Nic do ciebie nie pisałam!- posyłam mu wrogie spojrzenie.
- Jaki?- pyta i podaje mi pogięty świstek papieru.- Drogi Malfoyu,
Od siedmiu lat walczę z sobą, żeby w ten dzień do Ciebie napisać. Kończymy naszą przygodę w Hogwardzie, pozostała mi ostatnia szansa. Muszę przełamać ten mur nienawiści jaki między nami powstał przez te wszystkie lata. Ograniczę się do prostych słów.
Kocham Cię
I nawet jeśli nie będziesz wiedział od kogo jest ten list, wiedz, że pod tą maską jaką na codzień zakładam chowa się zakochana dziewczyna.
Na zawsze twoja, G.- wyrecytował.
- Dostałam taki sam.- stwierdzam.
Unosi brew.
- Nie wierzę.
- Accio list od M!- świstek papieru po paru minutach czyta.
- Ktoś się z nas nabija.- zaciska szczękę. Widzę to w półmroku jaki panuje.
- Ale kto?- patrzę na niego. Skupiona na zaciśniętej szczęce.
- Och, Granger. Gdybym wiedział ten ktoś już dawno by nie żył.- mówi to tak lekkim tonem, że mam dreszcz.
- Musimy dowiedzieć się kto to.
- My? Jakie my?- patrzy na mnie z wyższością. Nienawidzę tego wzroku. Mam ochotę go uderzyć.
- Masz rację. Ja również nie miałabym ochoty współpracować z takim dupkiem.- unosi rozbawioną brew.
- Jaka szkoda, że jutro spotykamy się w bibliotece. Masz tam być. Inaczej... lepiej nawet nie sprawdzaj. Możesz uznać to za tymczasowe zawieszenie broni.- jestem zdziwiona jego nagłą zmianą podejścia do tematu.
- O której?- mam nadzieję, że nie widać po mnie zdziwienia.
- Szesnasta?
Kiwam głową i zostawiam go samego. Wróciłam do dorminotrium. Na moje nieszczęście siedziała tam Lavender i... o Godryku! ... płakała.
- Lav?- pytam.
- Idź sobie!- mieszanka tuszu i łez wygląda strasznie na jej twarzy.
Podchodzę bliżej i kładę rękę na jej ramieniu. Siadam na jej łóżku.
- Dlaczego taka jesteś?- pyta. Mam wyrzuty sumienia. Nie ranię jej specialnie.
- To nie tak Lavender. To tak nie wygląda. Powinnaś o tym rozmawiać z Ronem.
- Nie dam rady!- wzdycha i patrzy mi w oczy. Rumienię się.
- Powinnaś to zrobić.
Pomagam jej się pozbierać. Wychodzi na spotkanie z Ronem. Życzę jej powodzenia. Może w ten sposób pozbędę się Rona? Wstyd mi za te myśli.
Pare minut później przychodzi Ginny.
- Opowiadaj.- zaczyna bez ogródek.
- Nic ciekawego.
- Hermiono, obie wiemy, że nie umiesz kłamać.
- Ronald wczoraj się upił.
- Wiedziałam, że ta wasza gatka o tym, że tam zasnął jest nie prawdziwa!- po chwili dodała ciszej- Ron ma chyba problemy z alkoholem. Odkąd tylko umarł George, podobnie zresztą jak Fred...- spojrzałam na nią smutno. Biedaczka. Wojna zostawiła piętno na jej rodzinie. Bolesne piętno.
- Nie mogłam z nim w takim stanie wrócić. Co by było gdyby zobaczył nas jakiś duch, albo co gorsza nauczyciel? Spędziliśmy tam noc. Oczywiście nie doszło między nami do niczego.
- Wkońcu niby jak? Napewno nie zgodziłabyś się!- Ginny uśmiecha się smutno. Nadal myśli o Georgu.
- Z samego rana wybiegłam z pokoju.
- Powiedz tylko, Godryku, że byłaś ubrana!
- Oczywiście, ale zobaczył nas Malfoy.
- Powiedział Teodorowi?
- O dziwo nie.
- Nie gadaj!
- Mhm. Sama się mu wygadałam.- Ginny bezgłośnie poruszyła wargami "wtopa". Pokiwałam głową.- Jesteśmy jeszcze umówieni dzisiaj o północy.
Nie wspomniałam jej o Malfoyu, bo wkońcu i po co? Przecież to nic istotnego. Musiałabym wtedy opowiedzieć jej o liście.
niedziela, 28 lutego 2016
Rozdział 5. Cold Heart
- HERMIONA?- krzyczy. W oczach zebrały mi się łzy. A poczucie winny wstrzymuje mi oddech.
Odsuwam się od Teodora o dwa kroki. Jestem oblana rumieńcem i wstyd mi za śmiałość. Teodor nie wygląda na spiętego, ani zaskoczonego. Ma minę jakby nic się właśnie nie stało. Czy naprawdę tak uważa?
- Potter. Weasley.- stwierdza obojętnym tonem. Patrzy na mnie i uśmiecha się niepewnie.- Do zobaczenia, Hermiono.- całuje moją rękę. Jestem jeszcze bardziej czerwona. Odwraca się tyłem i luźnym krokiem podąża na trening. Stoję plecami do chłopców. Nie mam odwagi się odwrócić.To śmieszne. Jeszcze minutę temu byłam pewna, że nic nie może zepsuć tej chwili. Był zbyt piękny dzień. Widocznie nie wystarczyło piękna również i na tą chwilę. Oboje milczą, zbieram całą odwagę jaką posiadam by się odwrócić. Ron ma zaciśniętą szczękę i ręce. Jest cały czerwony, aż po cebulki włosów. Dostrzegam błysk w jego oku, odwraca się i szybkim krokiem ucieka. Poczucie winny kłuje sumienie.
- Czy Ron...?- pytam Harry'ego. Kiwa głową. Widzę po nim, że ta żenująca scena nie zrobiła na nim wrażenia.
-... nadal coś do ciebie czuje.- kiwa smutno głową.
- Oh, Harry!- łapię się za głowę. Ron jest tylko przyjacielem!- On sam mówił, że możemy być TYLKO przyjaciółmi- akcentuję przedostatni wyraz. Dłonią przeczesuję rozczochrane włosy.
- Nawet jeśli, to nie jest przyjemne uczucie gdy widzisz swoją byłą dziewczynę obściskującą się z jakimś ślizgonem.- uśmiecha się smutno. Rozumiem do czego nawiazuje. Widział Ginny z Zabinim. Pewnie uważa to za coś poważniejszego. Czy to napewno jest coś poważnego? Może to tylko punkt widzenia Harry'ego?
- To nic poważnego, Harry, Teodora znam lepiej dopiero...- dopiero dwa dni, dokończyłam w myślach. Jeszcze nikogo nie chciałam pocałować po tak krótkim czasie. Nikogo nie całowałam.
-... od jakiegoś czasu.
- Rozumiem, Hermiono. Może pójdziemy poszukać Rona? Jemu bardziej przyda się rozmowa o... ty.
Kiwam głową i idziemy do Pokoju Wspólnego. Nie ma go ani na kanapie ani w dorminotrium.
Przeszukaliśmy cały zamek, bezskutecznie. Prawie cały, oprócz Pokoju Życzeń. Nie wiem czy Harry zdawał sobie z tego sprawę. Wolałam jednak nic mu o tym nie wspominać. Odwlekam to najdłużej jak tylko mogę.
- Wróćmy może lepiej do Pokoju Wspólnego.- proponuję, a Harry wzrusza ramionami. Gdy tylko przechodzę przez portret Grubej Damy zauważam rudowłosą czuprynę. Nie, nie Rona, tylko Ginny. Ona również mnie zauważa i podbiega w moją stronę.
- Hermiono, musimy pogadać.- żegnamy się z Harrym i idziemy do naszego pokoju. Na szczęście nie ma tu nikogo. Czy Ron jest teraz tam z Lavender? Głupia myśl.
Zamknęła drzwi zaklęciem i wyciszyła. Już nikt nie mógł nam przeszkodzić, ani wejść. Podobnie jak kilka godzin temu Lavender.
- Nie uwierzysz kiedy ci opowiem! Zauważyłaś, że ostatnio Harry jest jakiś nieobecny i spędza dużo czasu w bibliotece.- kiwam głową. Siedzimy na moim łóżku, naprzeciw siebie. Pod materacem leży list od M. Nikt nie wie o jego istnieniu i nikt nie powinien się dowiedzieć. Przecież to nie możliwe by list był od... STOP! Koniec, nie będę myśleć o moim wrogu.
- Wiem, że nie powinnam, ale ostatnio go śledziłam...
- Ginny!- krzyczę. Wyrwała mnie z rozmyśleń.
- Wiem, nie powinnam. Siedział w bibliotece z... Pansy Parkinson!
Usta ułożyłam w idealne o.
- Byłam zszokowana, miałam szczęście, że mnie nie zauważyli. Parkinson powiedziała, że musi się już zbierać. Przytulili, PRZYTULILI się na pożegnanie! Wybiegłam, schowałam się najbliższym przy bibliotece zaułku. Pare minut później wyszła Parkinson. Szłam za nią w odległości pięciu metrów. Po drodze spotkała Blaisa.- Ginny lekko się zarumieniła.- Chyba mnie nie zauważył. Rozmawiali, ale nie słyszałam o czym. Podeszłam bliżej. Rozmawiali o Harrym. Z tego co zrozumiałam Parkinson ma matkę, o której nie zna. Harry pomaga jej ją odnaleźć. Parkinson czuje coś do Harrego...-zakończyła.
- A czy Harry czuje coś do niej?- pytam. Ginny zarumieniła się i wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Opowiedziałam ci to wszystko w nadziei, że pomożesz mi się dowiedzieć. Może spróbowałybyśmy ich połączyć.
- Chcesz się bawić w swatkę?
- Czemu nie? Tylko proszę cię zapytaj o to Harry'ego.
- Zapytam przy okazji.
Po jakimś czasie zeszłyśmy na dół. Zdążyłam opowiedzieć Ginny o sytuacji z Ronem.
Rudowłosy nie pojawił się w Domu Lwa. Postanowiłam poszukać go w Pokoju Życzeń, jeśli nie wróci do ciszy nocnej. Harry poparł mój pomysł. Nawet zaproponował mi dołączenie do wyprawy.
- Nie, Harry. To sprawa między mną a Ronem. Powinniśmy to załatwić sami.
- Pożyczę ci Niewidkę.
Kiwnęłam wdzięcznie głową.
Tak jak się spodziewaliśmy Ron nie wrócił. Kątem oka widziałam jak Lavender wstaje z kanapy i idzie w stronę dorminotrium. Pokój opustoszał. Zostaliśmy tylko my, ja, Harry i Ginny. Żegnam ich. Zostawiłam ich samych. Ciekawe co będą robić.
Korytarze są puste. Raz zauważyłam Flicha jak skręca w przeciwny mi korytarz. Udało mi się bezpiecznie przedostać do Pokoju Życzeń. Trzy razy przechodzę w tą i spowrotem.
Jakimś cudem udało się. Otwieram drewniane drzwi. Czuję odór wymiocin. Przygryzam bezradnie wargę. Ron siedzi na czerwonej, wielkiej kanapie. W prawej ręce trzyma Ognistą Whisky. Jest cały czerwony.
- Ronaldzie!- unoszę głos. To nie możliwe, ze doprowadził się do takiego stanu.
- Czeeeeśścc, Heełmmionoo- bełkocze.
Podchodzę do niego i uderzam go z liścia. W pomieszczeniu roznosi się echo, jego głowa przekręca się w bok.
- Ranisz.- śmieje się, ale nie trwa to długo śmiech staje się wyższy i przeradza się w płacz.
Nie chcę widzieć go w takim stanie. Zostaję i pomagam mu wstać. Zanoszę go do łazienki i obmywam jego twarz. Zaklęciem czyszczę wymiociny. Pomagam mu zdjąć spodnie i bluskę. W takim stanie nie poradzę sobie z nim. Okrywam go kołdrą. Ron zasnął. Jestem na niego wściekła, ale nie ma tu innych możliwości. Muszę położyć się obok niego. Zdejmuję spóniczkę i zapinam stanik na ostatni. Kładę się na krawędzi łóżka, ponieważ Ron jak zwykle zajął całe łóżko. Zapowiada się ciężka noc. I jeszcze cięższy poranek.
Spadłam z łóżka. Spanie na tak małej powierzchni nie służy. Włosy miałam całe dookoła spoconej twarzy. Związałam je w niechlujny koczek. Na łóżku nie było Rona. Dziesięć minut później, kiedy założyłam wczorajszą spódniczkę i uporałam się z włosami przyszedł, a śniadanie tuż za nim lewitowało.
- Dzień Dobry, Hermiono.- zaczerwienił się troszkę wymawiając moje imie. Jedzenie powędrowało na łóżko. A ja z pięściami podbiegłam do Rona.
- Ty sobie żartujesz?- w oczach zebrały mi się łzy. Uderzyłam jego klatkę piersiową.- Wczoraj byłeś PIJANY do tego stopnia, że nie mogłam cię zanieść do Pokoju Wspólnego! Ronaldzie jesteś skrajnie nie odpowiedzialnym typem!- kolejne uderzenie i pierwsza łza poplamiła mój policzek. Mam wysoki głos nabrzmiały od emocji.
- Przepraszam... Już spokojnie. Hermiono!- Piąstkami uderzam o jego klatkę. Przytula mnie, ale ja tego nie chcę. Odtrącam go.
- Już dość, Ronaldzie. Która godzina?- uspokajam się momentalnie.
- Dziesiąta.- Szerzej otwieram oczy i już wybiegam z Pokoju Życzeń.- Poczekaj! Dzisiaj sobota!- krzyczy za mną. Momentalnie się zatrzymuję. Kontem oka zauważam blondwłosą czuprynę, już żałuję tego, że wychodziłam. On może pomyśleć, że ja i Ronald... O, Godryku! Szybciej niż Malfoy zdąża posłać jakikolwiek komentarz w moim kierunku wracam do Rona. Dlaczego to ja mam mieć zawsze takiego pecha?
- Ronaldzie, musimy pogodać o wczorajszym dnie...
- Masz na myśli... no wiesz.- podbródkiem wskazał łóżko.
- MY TYLKO RAZEM SPALIŚMY!- krzyczę.
- W sensie, że ja i ty... ehgm.- odrząknął. Kręcę przecząco głową.
- Nie, Ron. Nie doszło między nami do niczego. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Żałuję ostatnich słów. Ron się spina. Czerwony kiwa głową.
- Więc o czym chcesz gadać?- pozornie zmienia temat.
- Ron, my jesteśmy tylko przyjaciółmi. Sam mi to zaproponowałeś. Po za tym widziałeś mnie wczoraj z Teodorem.- posępiał.
- Widzę, że już jesteś na Ty z tym śmierciożercą.
- Nie jest śmierciożercą! Ron, jesteś dla mnie kimś naprawdę ważnym. Zawsze ty i Harry będziecie moimi najlepszymi przyjaciółmi. Nic tego nie zmieni. Już raz próbowaliśmy być razem... sam wiesz jak wyszło. Może to nie jest nam pisane? Jesteś dla mnie jak starszy brat.- podchodzę do niego. W pierwszym momencie cofnął się o krok. Na szczęście udaje mi się podejść wystarczająco blisko. Przytulam go i czuję jak jego serce szybciej bije. To był chyba błąd.
- Jesteś dla mnie ważna, Hermiono.- wzdycha i obejmuje mnie.
czwartek, 25 lutego 2016
Rozdział 4. Hearts are never broken
Dziękuje za ponad 500 wyświetleń poprzedniego posta!
- To nie jest śmieszne, Lavender!
- Czy ja się śmieję? Nie. Chcę z tobą tylko pogadać.
Siadam na łóżku, im szybciej zaczniemy tym szybciej skończymy.
- O czym chcesz rozmawiać, Lavender?
- Nie domyślasz się?
Zdaję sobie sprawę o czym chce rozmawiać, ale bezpieczniej będzie zaprzeczyć. Kręcę głową. Nie podoba jej się moja odpowiedź. Poznaję to po zaciśniętych wargach.
- Pamiętasz co działo się rok temu?- zagryza wargę, a jej spojrzenie dalej jest wrogie.- Między mną, a Ronem.- policzki jej różowieją. Powstrzymuję się by nie wybuchnąć śmiechem. Brown ma mnie za konkurencje!
- Co z wiązku z tym?- pytam rzeczowo- między mną, a Ronaldem już nic nie ma.
Lavender się rozluźniła.
- Napewno?- pyta wyczułam nutkę nadziei w jej głosie.
- Napewno.- odpowiadam.
- I nie miałabyś nic przeciwko gdybym...- drapie się po głowie, a ja przecząco kręcę głową.
Uśmiecha się promiennie.
- Przepraszam, Hermiono.- nieśmiały uśmiech ozdabia jej poczerwieniałą twarz.
- W porządku.- odwzajemniam uśmiech. Dziewczyna oddaje mi różdżkę i wychodzi.
Wychodzę z dorminotrium. Po drodze nikt mnie zatrzymuje, nikt nie zdaje sobie sprawy, że Hermiona Granger idzie się spotkać z tajemniczym ślizgonem,
Teodor stoi przed brzegiem wody. Jest skupiony na falach lekko płynących, talfla wody była ciemno niebieska, odbijała słońce.
Steję obok niego, jak równa z równym. Niesamowite jak wiele zmieniło się po wojnie.
- Cześć, Hermiono.
- Cześć, Teodor.
Jego i moja sylwetka odbija się w tafli. Jeszcze przez chwilę patrzę na nasze odbicia. Oboje jesteśmy ubrani w szkolne mundurki. Teodor zapatrzył się gdzieś dalej, postanawiam wykorzystać sytuację i dyskretnie przyglądam się jego twarzy. Wydatne kości policzkowe, pełne usta, zgrabny nos, szaro- zielone oczy- niezwykle tajemnicze, niskoosadzone brwii. Odwraca głowę w moją stronę, posyła uśmiech. Zdawał sobie sprawę, że na niego patrzę, rumienię się.
Usiedliśmu na ławce. Nasze palce stykały się. Przyjemne ciepło lozlało się po moim brzuchu.
Był ciepły, słoneczny dzień. Kwiaty zaczęły kiwtnąć. Idealna pora by się za... stop! Każda pora jest dobra, o ile zna się odpowiednią osobę. Z miłością nie trzeba się śpieszyć, ona sama przyjdzie. Nie potrafię jednak kryć, że to byłby dobry moment na miłość.
- Nie wiem co sobie myślałem, kiedy zapraszałem cię tu.- mówi, a po jego ustach błąka się nieśmiały uśmiech.- W ogóle chyba nie myślałem.
- Cieszę się, że mnie zaprosiłeś.- odwzajemniam uśmiech. Kładę dłoń na jego w geście otuchy. Uśmiech staje się pewniejszy, dokładnie widzę jego dołki.
- Podobasz mi się. Od jakiegoś czasu.- uśmiech mu blednie i odwraca głowę w stronę jeziora.
Ściskam jego dłoń. Nie zmienia to nic, nie patrzy na mnie. Nie mogłam nic powiedzieć, nie potrafiłam. Nie byłam pewna swoich uczuć. Prawdę mówiąc dopiero od upatku zauważyłam go. Teodor ma to do siebie, że nie lubi być w centrum uwagi. Jest najbardziej tajemniczym chłopakiem jakiego znam. To pociągające, równie mocno co jego kości policzkowe.
- Ładną dziś mamy pogodę.- wzdycham, może zmiana tematu pomoże.
- Piękną.- spojrzał na mnie i znów zobaczyłam jego równe zęby.
- Lubię taką pogodę- wiosenną, takie dni dają nadzieję na lepsze jutro.- mówię z nadzieją, że go nie przynudza,.
- Chciałbym mieć nadzieję.- przygryza górną wargę, nadaje to smutny wyraz jego twarzy.
Ja mogę dać ci nadzieję, myślę. Nie wypowiadam tych słów. Nie jestem wystarczająco odważna. Zamiast tego mówię:
- Lepsze jutro zawsze nadchodzi, jeśli o tym mówisz.
- Nie, nie zawsze nadchodzi. Widziałaś co przyniosła wojna.
Gryzę się w język by nie wypomnieć mu o tym czyim był poplecznikiem. Czy napewno był jego poplecznikiem? Nie widziałam go w szeregach Voldemorta.
- Wojna zawsze domaga się jakiejś ofiary.- mój głos brzmi sucho.
- Wojna zabrała mi rodzinę.- szepcze tak cicho, że gdybym głośniej wdechnęła powietrze nie usłyszałabym nic. Mam ochotę przytulić go i przyznać, że nie jest sam. Znajduję jego dłoń i plączę razem z moją. Jezioro wygląda naprawdę interesująco.
- Mi też, Teo. Mi też.
Okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż kto kolwiek by się spodziewał.
Spacerowaliśmy skrajem zakazanego lasu. Rozmawiając o błahostkach. Miał przyjemną dłoń. Dawno nie dotykałam równie szlachetnych dłoni. Nie mógł brać udziału w wojnie, ma za piękne dłonie. Mogłabym podyskutować na temat tego czy w ogóle kiedykolwiek pracował.
Rozmawialiśmy głównie na temat naszej przyszłości. Opowiedziałam Teodorowi o moim planie odnalezienia rodziców i późniejszym podjęciem pracy w szpitalu św. Munga.
Teodor planował podróżować po świecie i pracować w gazecie. Jakiej? Jeszcze nie wiedział. Miałam nadzieję, że nie trzymam właśnie za rękę kolejną Ritę Skeeter. Nie miał pojęcia czy wróci do Wielkiej Brytani, wiele złych wspomnień wiązała za sobą ta wyspa.
- Zaraz będę miał trening, chcesz popatrzeć?- uśmiechał się od ucha do ucha. Wzruszyłam ramionami.
- No nie wiem. Oglądać jak ślizgoni grają w Quditcha? To za bardzo mnie nie interesuje. Może Harrego zainteresowałaby wasza taktyka.
- Jak wolisz, twoja strata.
Śmieję się, a on mi wtóruje. Jego śmiech jest przyjemny do ucha i skojarzył mi się z śniegiem, który prószy w ciepły zimowy dzień.
Teodor odprowadza mnie do zamku. W drodze zauważamy Malfoya. Dopiero wtedy przypominam sobie o naszych złączonych dłoniach. Puśczamy je, ale nie mam pewności czy Malfoy przypadkiem nas nie zauważył.
- Hmm... już mam się zwracać do was państwo Nott? Nie wiedziałem, że akurat ty ubrudzisz swój rodowód.- wymownie patrzy w moją stronę.
- O co ci chodzi, Draco? Wojna się skończyła. Mam prawo sam decydować z kim chcę spędzić życie. Przeszkadza ci to, że spotykam się z Hermioną?- zaakcentował moje imie jakby znaczyło coś więcej niż reszta zdania. Przyciąga mnie i przytula lewą ręką. Płoniczki spłonęły mi krwistoczerwonym rumieńcem. Spuszczam głowę, by żaden z nich nie zauważył jak się uśmiecham. Malfoy odchodzi i trąca mnie łokciem. Nienawidzę go z całego serca. Teodor mnie żegna. Gdy już odwraca się tyłem do mnie, łapię go za rękę. Odwraca się znów, a ja nie wiem jakim cudem znalazło się we mnie tyle odwgi by zrobić to po raz pierwszy, do tego z Teodorem Nottem. Chyba rozumie co mam na myśli. Zbliża się do mnie i łapie mnie w tali. czuję jak jego klatka się unosi. Jest ode mnie wyższy o jakieś dziesięć centymetrów. Pochyla głowę, a nasze wargi dzielą już tylko milimetr. Krew szybciej płynie w moich żyłach, czuję nie zwykłą adrenalinę. Stoimy na środku wejścia, chociaż teraz nikogo tu nie ma to w każdej chwili mogą nas zobaczyć, ale co z tego skoro możemy to zrobić. Już dotykam jego ust. Mrowienie w żołądku nie ustaje. Och, Godryku. Rozchylam szerzej usta na znak zaproszenia.
Za plecami czuję znajomy chichot, który urywa się. Żołądek mi się kurczy. Cholera jasna!
Odsuwam się od Teodora i patrzę przez ramię na zszokowanego Rona i Harry'ego. Posyłam im nieśmiały uśmiech. Z oczu rudowłosego cisną się pioruny.
- HERMIONA?- krzyczy. W oczach zebrały mi się łzy. A poczucie winny wstrzymuje mi oddech.
- To nie jest śmieszne, Lavender!
- Czy ja się śmieję? Nie. Chcę z tobą tylko pogadać.
Siadam na łóżku, im szybciej zaczniemy tym szybciej skończymy.
- O czym chcesz rozmawiać, Lavender?
- Nie domyślasz się?
Zdaję sobie sprawę o czym chce rozmawiać, ale bezpieczniej będzie zaprzeczyć. Kręcę głową. Nie podoba jej się moja odpowiedź. Poznaję to po zaciśniętych wargach.
- Pamiętasz co działo się rok temu?- zagryza wargę, a jej spojrzenie dalej jest wrogie.- Między mną, a Ronem.- policzki jej różowieją. Powstrzymuję się by nie wybuchnąć śmiechem. Brown ma mnie za konkurencje!
- Co z wiązku z tym?- pytam rzeczowo- między mną, a Ronaldem już nic nie ma.
Lavender się rozluźniła.
- Napewno?- pyta wyczułam nutkę nadziei w jej głosie.
- Napewno.- odpowiadam.
- I nie miałabyś nic przeciwko gdybym...- drapie się po głowie, a ja przecząco kręcę głową.
Uśmiecha się promiennie.
- Przepraszam, Hermiono.- nieśmiały uśmiech ozdabia jej poczerwieniałą twarz.
- W porządku.- odwzajemniam uśmiech. Dziewczyna oddaje mi różdżkę i wychodzi.
Wychodzę z dorminotrium. Po drodze nikt mnie zatrzymuje, nikt nie zdaje sobie sprawy, że Hermiona Granger idzie się spotkać z tajemniczym ślizgonem,
Teodor stoi przed brzegiem wody. Jest skupiony na falach lekko płynących, talfla wody była ciemno niebieska, odbijała słońce.
Steję obok niego, jak równa z równym. Niesamowite jak wiele zmieniło się po wojnie.
- Cześć, Hermiono.
- Cześć, Teodor.
Jego i moja sylwetka odbija się w tafli. Jeszcze przez chwilę patrzę na nasze odbicia. Oboje jesteśmy ubrani w szkolne mundurki. Teodor zapatrzył się gdzieś dalej, postanawiam wykorzystać sytuację i dyskretnie przyglądam się jego twarzy. Wydatne kości policzkowe, pełne usta, zgrabny nos, szaro- zielone oczy- niezwykle tajemnicze, niskoosadzone brwii. Odwraca głowę w moją stronę, posyła uśmiech. Zdawał sobie sprawę, że na niego patrzę, rumienię się.
Usiedliśmu na ławce. Nasze palce stykały się. Przyjemne ciepło lozlało się po moim brzuchu.
Był ciepły, słoneczny dzień. Kwiaty zaczęły kiwtnąć. Idealna pora by się za... stop! Każda pora jest dobra, o ile zna się odpowiednią osobę. Z miłością nie trzeba się śpieszyć, ona sama przyjdzie. Nie potrafię jednak kryć, że to byłby dobry moment na miłość.
- Nie wiem co sobie myślałem, kiedy zapraszałem cię tu.- mówi, a po jego ustach błąka się nieśmiały uśmiech.- W ogóle chyba nie myślałem.
- Cieszę się, że mnie zaprosiłeś.- odwzajemniam uśmiech. Kładę dłoń na jego w geście otuchy. Uśmiech staje się pewniejszy, dokładnie widzę jego dołki.
- Podobasz mi się. Od jakiegoś czasu.- uśmiech mu blednie i odwraca głowę w stronę jeziora.
Ściskam jego dłoń. Nie zmienia to nic, nie patrzy na mnie. Nie mogłam nic powiedzieć, nie potrafiłam. Nie byłam pewna swoich uczuć. Prawdę mówiąc dopiero od upatku zauważyłam go. Teodor ma to do siebie, że nie lubi być w centrum uwagi. Jest najbardziej tajemniczym chłopakiem jakiego znam. To pociągające, równie mocno co jego kości policzkowe.
- Ładną dziś mamy pogodę.- wzdycham, może zmiana tematu pomoże.
- Piękną.- spojrzał na mnie i znów zobaczyłam jego równe zęby.
- Lubię taką pogodę- wiosenną, takie dni dają nadzieję na lepsze jutro.- mówię z nadzieją, że go nie przynudza,.
- Chciałbym mieć nadzieję.- przygryza górną wargę, nadaje to smutny wyraz jego twarzy.
Ja mogę dać ci nadzieję, myślę. Nie wypowiadam tych słów. Nie jestem wystarczająco odważna. Zamiast tego mówię:
- Lepsze jutro zawsze nadchodzi, jeśli o tym mówisz.
- Nie, nie zawsze nadchodzi. Widziałaś co przyniosła wojna.
Gryzę się w język by nie wypomnieć mu o tym czyim był poplecznikiem. Czy napewno był jego poplecznikiem? Nie widziałam go w szeregach Voldemorta.
- Wojna zawsze domaga się jakiejś ofiary.- mój głos brzmi sucho.
- Wojna zabrała mi rodzinę.- szepcze tak cicho, że gdybym głośniej wdechnęła powietrze nie usłyszałabym nic. Mam ochotę przytulić go i przyznać, że nie jest sam. Znajduję jego dłoń i plączę razem z moją. Jezioro wygląda naprawdę interesująco.
- Mi też, Teo. Mi też.
Okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż kto kolwiek by się spodziewał.
Spacerowaliśmy skrajem zakazanego lasu. Rozmawiając o błahostkach. Miał przyjemną dłoń. Dawno nie dotykałam równie szlachetnych dłoni. Nie mógł brać udziału w wojnie, ma za piękne dłonie. Mogłabym podyskutować na temat tego czy w ogóle kiedykolwiek pracował.
Rozmawialiśmy głównie na temat naszej przyszłości. Opowiedziałam Teodorowi o moim planie odnalezienia rodziców i późniejszym podjęciem pracy w szpitalu św. Munga.
Teodor planował podróżować po świecie i pracować w gazecie. Jakiej? Jeszcze nie wiedział. Miałam nadzieję, że nie trzymam właśnie za rękę kolejną Ritę Skeeter. Nie miał pojęcia czy wróci do Wielkiej Brytani, wiele złych wspomnień wiązała za sobą ta wyspa.
- Zaraz będę miał trening, chcesz popatrzeć?- uśmiechał się od ucha do ucha. Wzruszyłam ramionami.
- No nie wiem. Oglądać jak ślizgoni grają w Quditcha? To za bardzo mnie nie interesuje. Może Harrego zainteresowałaby wasza taktyka.
- Jak wolisz, twoja strata.
Śmieję się, a on mi wtóruje. Jego śmiech jest przyjemny do ucha i skojarzył mi się z śniegiem, który prószy w ciepły zimowy dzień.
Teodor odprowadza mnie do zamku. W drodze zauważamy Malfoya. Dopiero wtedy przypominam sobie o naszych złączonych dłoniach. Puśczamy je, ale nie mam pewności czy Malfoy przypadkiem nas nie zauważył.
- Hmm... już mam się zwracać do was państwo Nott? Nie wiedziałem, że akurat ty ubrudzisz swój rodowód.- wymownie patrzy w moją stronę.
- O co ci chodzi, Draco? Wojna się skończyła. Mam prawo sam decydować z kim chcę spędzić życie. Przeszkadza ci to, że spotykam się z Hermioną?- zaakcentował moje imie jakby znaczyło coś więcej niż reszta zdania. Przyciąga mnie i przytula lewą ręką. Płoniczki spłonęły mi krwistoczerwonym rumieńcem. Spuszczam głowę, by żaden z nich nie zauważył jak się uśmiecham. Malfoy odchodzi i trąca mnie łokciem. Nienawidzę go z całego serca. Teodor mnie żegna. Gdy już odwraca się tyłem do mnie, łapię go za rękę. Odwraca się znów, a ja nie wiem jakim cudem znalazło się we mnie tyle odwgi by zrobić to po raz pierwszy, do tego z Teodorem Nottem. Chyba rozumie co mam na myśli. Zbliża się do mnie i łapie mnie w tali. czuję jak jego klatka się unosi. Jest ode mnie wyższy o jakieś dziesięć centymetrów. Pochyla głowę, a nasze wargi dzielą już tylko milimetr. Krew szybciej płynie w moich żyłach, czuję nie zwykłą adrenalinę. Stoimy na środku wejścia, chociaż teraz nikogo tu nie ma to w każdej chwili mogą nas zobaczyć, ale co z tego skoro możemy to zrobić. Już dotykam jego ust. Mrowienie w żołądku nie ustaje. Och, Godryku. Rozchylam szerzej usta na znak zaproszenia.
Za plecami czuję znajomy chichot, który urywa się. Żołądek mi się kurczy. Cholera jasna!
Odsuwam się od Teodora i patrzę przez ramię na zszokowanego Rona i Harry'ego. Posyłam im nieśmiały uśmiech. Z oczu rudowłosego cisną się pioruny.
- HERMIONA?- krzyczy. W oczach zebrały mi się łzy. A poczucie winny wstrzymuje mi oddech.
wtorek, 16 lutego 2016
Drapple: Spadłaś mi z nieba
Był gorący letni dzień, większość uczniów Hogwartu wyszła na błonia. Pewien ślizgon w okropnie podłym humorze także wyszedł. Szedł w zamiarze odpoczęcia na świeżym powietrzu.
Posyłał niemiłe spojrzenia wszystkim wokół siebie. Szlamy i zdrajcy krwi chodzili bezkarnie po Hogwardzkich błoniach. Tylko nie licznym, godnym życia, arystokratom posyłał chłodno obojętne spojrzenia.
Nagle gdy Dracon przechodził obok jednego z drzew, pod jego nogi spadło jabłko. Najpierw chciał je zdeptać, ale jej ochrypły i nieprzyjemny krzyk go uprzedził:
- CO TY WYPRAWIASZ IDIOTO? TY CHOLERNY PUCYBUCIE!!- głos zaintrygował go tak bardzo, że ukucnął nie zważając na zdziwione spojrzenia paru osób w jego okolicy. Zielone jabłko lekko zarumienione ze złości patrzyło na niego z wyrzutem. Zarumieniła się jeszcze bardziej- CO SIĘ TAK GAPISZ ZŁAMASIE?
Pietnastoletni blondyn już wiedział, że to miłość jego życia. Jabłka kochał same w sobie. Jedynie je potrafił darzyć uczuciem. Ta dodatkowo potrafiła mówić i miała charakterek. To był początek ich miłości. Pomimo swojej wrogości wobec Draco jabłko się przedstawiło.
- Jestem Wendy i nie śliń się tak już Złamasie!- Draco otarł buzie i się otrząsnął, a potem dodał swoim dostojnym tonem:
- A ja Malfoy, Draco Malfoy.
Nadużywała przekleństw i słowa złamas. Blondynowi to nie przeszkadzało, a wręcz dodawało uroku dojrzałemu jabłku. Idealnie zielona. Czasem podchodziła pod czerwień, kiedy się rumieniła. Wendy uwielbiała się rządzić. Dracon uwielbiał jabłka.
- Cholerny Złamasie! Właśnie ugryzłeś moją nie magiczną kuzynkę! Wiem, że jest podgniła, ale nie musisz jej odrazu zjadać!- wrzasnęła. Malfoy nie przejął się słowami jabłka. Krzyk był na porządku dziennym. Bardziej zainteresowała inna sprawa.
- Podgniła?
- Nie tylko świat czarodziei dzieli się na magicznych i nie magicznych.- burknęła urażona.
- Opwiedz mi coś więcej, Wendy.
- Podgnilce, to odpowiednik waszych szlam.
- Fu! Ble, jadłem szlame. O Salazarze! Obym nie zaraził się czymś.
- To była moja kuzynka!- odwróciła się od niego plecami.
- Nie bądź taka, Wendy.- opuszkami paców przejechał po jej lśniącej skórce. Jabłko zadrżało pod wpływem jego dotyku.
- Przestań jeść moją rodzinę! Uznają, że postradałam zmysły. Chyba naprawde je postradałam! Zadaję się z potworem, który zjada mój gatunek!
Chłopakowi skurczył się żołądek.
- Nie jestem potworem. Kocham cię, Wendy.
- Ja ciebie też, Złamasie. Ja ciebie też.
Malfoy przestał jeść jabłka. Z trudem, ale czego nie robi się w imię miłości? Dla Wendy by zabił. Czym jest zerwanie z jedzeniem w porównaniu do zabicia?
Poszli do Wielkiej Sali. Wendy pilnowała Dracona, by nie mógł zjeść jabłek.
- Ej, Draco! Chodź tu! Widziałeś co wymyśliłem z plakietkami Pottera? Teraz wydają odgłosy pierdnięcia.- Blaise Zabini nie potrafił ukryć swojej dumy. Reszta gromady śmiała się.
Dracon spojrzał przepraszająco na Wendy i podszedł do chłopaków. Goyle i Crabble śmiali się trzymając za brzuchy. Astoria patrzyła na nich pobłażliwie. Dafne na tomiast uśmiechała się od ucha do ucha, trzymała za rękę swojego o rok starszego chłopaka- Blaise'a.
Dracon również zaczął się śmiać, z głupoty swoich równieśników.
Wrócił do stolu i zauważył, że czegoś brakuje. Nie było Wendy. Wystraszył się.
- Blaise!- zawołał przyjaciela. On jedyny nie komentował jego związku z jabłkiem. czarnoskóry podszedł.- Nie ma Wendy.
Oczy blondyna były wystraszone. Brunet uniósł brwi.
- Ale... kto?- spytał.
- Nie wiem. Pomóż mi ją odnaleźć.
Blaise pokiwał głową i wyszli z Wielkiej Sali.
Nie musieli długo szukać. W lochach usłyszeli śmiech i znajomy krzyk. Pansy Parkinson śmiała się. Malfoy usłyszył dźwięk, który przyprawił go o nieprzyjemne ciarki. Dźwięk odbijania od ściany. Mokry, przepełniony bólem dźwięk. Oczy mu pociemniały. Przypominały zachmurzone niebo.
- Parkinson!- Draco wydarł się na całe gardł. Śmiech zamilkł. Podszedł do brunetki.- Głupi kundlu. Jesteś nie normalna. Pustaku zajebany. Zacznij czasem używać mózgu! Pieprzona mopsica!- Podszedł do jabłka. Całe miękkie.
- Wendy...- Pocałował miejsce, które było naderwane. Poczuł słodki smak. Jabłko było brudne, ale to nie miało wtedy znaczenia.
Rzucił się na Pansy. Zaczął ją kopać. Dziewczyna skuliła się i płakała.
- Posłuchaj śmieciu, myślisz, że jesteś kimś? Gówno prawda! Czuć od ciebie szmatę na kilometr.- plunął jej w twarz.- Nie zbliżaj się ani do mnie, ani tym bardziej do niej, silikonie zajebany!- warknął. W tej samej chwili podszedł do niego Blaise. Uciekli z miejsca wypadku.
Czas mijał, a jabłko odzyskiwało swój dawny krztałt. Znów była piękna i krztałtna. Taka jaką najbardziej lubił Malfoy.
Siedzieli na błoniach. Oparci o drzewo przy którym się poznali.
- Widzisz tą ślamazare?- jałko skinęło na Longbottoma.
- No tak, to Longbottom.
- Wygląda jakby miał problem ze zgryzem.- Wendy zarechotała, a Dracon jej zawtórował.
- Patrz na tą- Malfoy wskazał palcem na Lovegood.
- Wygląda jak bezdomna!- Oboje zaczęli się śmiać.
- Widzisz tą?- tym razem padło na Granger.
- Ona to chyba nie wie co to szczotka!- śmiechom nie było końca.
Dracon dbał o Wendy. O nikogo nie dbał równie mocno co o nią. Przysważało to wiele kłopotów, ale wstawał im czoła. Wendy była warta każdej ceny. Nie licząc kłopotów, żyli długo i szczęśliwie.
Minęło wiele lat. Dracon siedział na sali szpitalnej świętego Munga. Niedługo zbliżała się jego śmierć. Nie miał już nikogo, oprócz małego zielonego jabłka, które już zaczynało się tarzeć. Jej skóra nie była już taka lśniąca, miała mnóstwo zmarszczek. Dracon kochał każdą zmarszczkę na swój sposób.
Pozostała mu jedynie Wendy.
- Kocham Cię, Wendy.
- Ja ciebie też, Złamasie. Ja ciebie też.
Staruszek zamknął oczy słysząc słowa ukochanej i zasnął snem wiecznym. W oku Wendy zakręciła się łza, która odrazu spadła kiedy jabłko mrugnęło. Puls siwowłosego, niegdyś blondyna zamarł.
poniedziałek, 15 lutego 2016
Nuna: It's too cold outside to Angel fly
Kolejny szary dzień. Deszczy dudnił w Hogwadzkie szyby. Neville szedł na śniadanie. To już nie było to samo. Bez Luny nic nie było takie samo. Wszystko było szare, ona kolorowała jego świat.
Dłubał w puddingu, ulubionym daniu Luny.
~*~
-Jesteś wszystkim co mam jesteś wszystkim, co chcę.
- To miłe z twojej strony Neville.- złapała go za rękę. Chyba zrobił coś nie tak. Niebieskie tęczówki nie upewniały go w niczym. Patrzyła na niego ciepło i kojąco oczami łagodnego oceanu.
~*~
- Neville, spójrz na mnie!- nie brzmiała karcąco, a raczej przyjaźnie. Zawsze była przyjaźnie nastawiona.- Nie mam ci za złe pocałunku. Po prostu nie byłam gotowa.
Czy to znaczyło, że chciała by znów ją pocałował? Neville nie wiedział i nie próbował.
Już nigdy więcej nie skosztował malinowych ust.
~*~
Prosiła by Neville przyszedł na wieżę astronomiczną. Przyszedł.
Siedzieli na kocu i obserwowali gwiazdy.
Wtedy po raz pierwszy otworzyła się przed nim całkowicie.
Opowiedziała o śmierci matki, o problemach zdrowotnych ojca.
- Chciałabym móc polecieć jak ptak.- wyznała.
~*~
Tydzień później ojciec Luny zmarł.
Dwa tygodnie później Neville zobaczył coś czego nie chciał. Nocą śniły mu się koszmary. Wyszedł z dorminotrium i ruszył na wieżę astronomiczną. Zauważył Lunę. Stała do niego przodem.
- Cześć, Neville. Przyszłam spróbować latać.
Rzuciła bezbarwnym zdawkowym tonem. Oczy zionęły jej pustką. Jak twierdziła: już nie miała nikogo. Neville biegł, nie zdążył jej uratować.
~*~
- Luna była aniołem, tamtego dnia było zbyt zimno by mogła polecieć.- szepnął w nadziei, że go właśnie słyszy. Wiedział, że go nie kochała. Uważała go tylko i wyłącznie za przyjaciela.
Luna była najpiękniejszym aniołem w jego życiu. Miał nadzieję, z tamtąd gdzie teraz jest patrzy na niego.
Albus x Rose: Zostań jeśli kochasz
Jeszcze na początku roku szkolnego zaczęłam pisać tą miniaturkę, a niedawno ją skończyłam.
- Slytherin!- krzyknęła tiara przydziału. Albus Severus wstał z krzesła i z dumnie podniesioną głową usiadł przy stole domu węża. Po drodze ukradkiem spojrzał na brata. James wyglądał na lekko zawiedzionego. Wiedział, że gdy ceremonia się skończy brat zacznie się pewnie wyśmiewać z jego domu. Trudno pomyślał. Po rozmowie z ojcem na dworcu King Cross jego lęk przed trafieniem do Slytherinu przerodził się w chęć. Tata nie raz opowiadał mu o Severusie Snape'ie. Alowi imponowała jego postać. Rozejrzał się po swoim stole. Większości osób jeszcze nie znał. Obok niego siedział blondwłosy chłopiec z bladą buzią i szarymi tęczówkami. Wujek Ron mówił, że nazywa się jakoś na S...
-Jestem Scorpius- przedstawił się chłopiec- Ty jestes tym od Potterów, prawda?
- Al- powiedział i wymienili między sobą krótki uśmiech
***
...trzy lata później...
Niecały miesiąc temu uczniowie znów powrócili do Hogwartu z cudownych wakacji. Tego dnia słońce świeciło wyjątkowo ciepło. Większość uczniów jak i nauczycieli cieszyło się tym dniem na dworzu. Pewna młoda para, chłopiec i dziewczynka siedzieli pod drzewem i kłócili się.
- Rose... posłuchaj mnie! Naszym wieku rodzice zachowywali się podobnie! Proszę... Pozwól się zaprosić!
- No nie wiem Al... Pójść do Wrzeszczącej Chaty w środku nocy to nie jest najmądrzejszy pomysł.
- Zgódź się! Proszę...- nalegał chłopiec
- No dobrze... Tylko przyjdź do mnie pod portret Grubej Damy.
- Będę o północy.- posłał jej jeden ze swoich czarujących uśmiechów
Chłopiec czekał niecierpliwie do północy. Planował każdy szczegół spotkania z przyjaciółką. Kiedy zegar pokazał 23:45 założył pelerynkę niewidkę, którą ojciec podarował mu na jedenaste urodziny i wyszedł. Czekał pod portretem Grubej Damy na Rose. Po paru minutach wyszła ubrana w dzinsy i czerwoną bluzkę. Albus zrobił jej miejsce pod polerynką. Wyszli ze szkoły kierując się w stronę wierzby bijącej. Albus podniósł kamień i skierował go na gałąź wierzby. Przez dziurę w drzewie dostali się do Wrzeszczącej Chaty. Albus zdjął z nich pelerynkę i położył na łóżku.
- Zabrałem Cię tutaj bez reszty, bo by przeszkadzali. Chciałby zadać Ci bardzo ważne pytanie. Czy zostaniesz moją dziewczyną?- patrzył na nią z bardzo poważną, wyczekującą miną, to pytanie wiele go kosztowało. Oczy Rose zrobiły się wielkości sykli. Nigdy nie spodziewałaby się, że Albus zaprowadzi ją w to miejsce by zadać te pytanie. Znali się od dzieciństwa. Ujęła jego ręce swoimi.
- Albusie Severusie...- nie była pewna czy dobrze robi, ale żyje się raz. Była gotowa zaryzykować.- okej
Uśmiechnął się do niej najpiękniej jak potrafił, odwzajemniła mu tym samym. Albus odprowadził ją pod portret Grubej Damy, przytulił i pożegnał. Zanim jeszcze zdążył wrócić do Pokoju Wspólnego Ślizgonów zajrzał do sowiarni i napisał ojcu o tym, że on i Rose zostali parą. Rano ślizgon czekał na swoją lubą pod portretem Grubej Damy. Przywitała go pocałunkiem w policzek. Lily spojrzała na nich wymownie i poszła dalej razem z Tedem Lumpinem, Nicolą Zabini.
Nikogo nie zdziwił fakt, że ta Gryfonka była z tym Ślizgonem. Każdy widział, że mają się ku sobie.
- Potter!- Scorpius Malfoy puścił oko przyjacielowi. Wiedział jak bardzo podoba mu się młoda Weasleyówna.
Związek idealny. Rose i Albus dopełniali się. Byli ze sobą szczęśliwi jak nigdy przedtem.
- Cześć, Rose!- przywitał ją Wiktor Wood. Albusowi nie podobało się to jak chłopak patrzy na Rose.
Byli ze sobą trzy lata. Ślizgon nie wyobrażał sobie, by ich związek mógł się zakończyć wcześniej niż przed śmiercią. Kochał Rose całym sercem.
Niestety życie to nie bajka. Nie wszystko układa się zawsze po naszej myśli. Co raz częściej kłócił się z Rose. Jego uczucia się nie zmieniały, jedynie ciężko mu było się z nią komunikować.
Każda kłótnia paliła żywym ogniem. A bajka, która miała trwać wiecznie zbliżała się ku końcowi. Oboje to wiedzieli. Pomimo tego, że oboje milczeli. Nie mogli zaprzepaścić tych wszystkich lat przyjaźni.
Abus szedł w stronę wieży Gryfindoru. Dawno nie spędzał z Rose całego wieczór. Miał nadzieję, że chociaż to poprawi ich stosunki.
W drodze zobaczył to czego nie powinien. Rose całowała się z Woodem. Dlaczego? Łzy zebrały mu się pod powiekami. Serce, które oddał jej trzy lata temu pękło. Ból był tak mocny, że nie mógł być nie prawdziwy. Brzmiało to jak dźwięk łamanego szkła. Może rzeczywiście jego serce od czasu kłótni stało się szklane?
Wrócił do Pokoju Wielkiego Ślizgonów. Dopiero późną nocą, kiedy już wszyscy spali- rozpłakał się jak mały dzieciak. Gorzka gula uniemożliwiała wydobycie się jakich kolwiek dźwięków. Wiedział, że jutro Rose będzie zachowywać się jakby nic się nie stało. Nie chciał tego. Napisał krótki liścik, bez rzadnych wyjaśnień.
Z nami koniec.
Nie mógłbyć z kimś kogo kocha. Zbyt bardzo go raniła.
Następnego ranka wstał o świcie. Odrazu po przebudzeniu Scorpiusa opowiedziałmu całą historię. Nie chciał się mścić na Woodzie. To nie dałoby mu rzadnej satysfakcji.
Przez najbliższy tydzień unikał Rose. Przerwy spędzał z Scorpiusem w lochach. Czasem dołączał do nich Ed Zabini i opowiadał o tym co słychać u Rose. Jego siostra bliźniaczka, Nicola dzieliła dorminotrium z Rose.
Jeśli wierzyć temu co mówiła, Rose płakała. To wszystko było okropne. Chłopak powinien zająć się w tym roku nauką, a on przejmował się rozstaniem. Ona też. Albus jeszcze nie wspominał ojcu o rozstaniu, wierzył, że do siebie wrócą.
Wiecznie nie można chować się przed nie uniknionym.
- Albus- szepnęła. Stali wystarczająco blisko siebie, by mógł usłyszeć jak akccentuje "us". Chłopiec złapał ją za rękę.
- Tak, Rose?- starał się by głos mu się nie załamał. Udało się. Ceną jego starań był suchy ton.
- Nie chcę by to tak się skończyło.- iskierka nadziei oświetliła, ciemne wnętrze Albusa. Czyli to nie musi się tak skończyć?
- Wiem, że widziałeś mnie z Woodem. Nie wiem co wtedy myślałam. W ogóle nie myślałam! Przepraszam, Al.
- W porządku, Rose.- Brunet chciał już odejść, ale dziewczyna złapała go za rękę.
- Zostań, Al... zostań jeśli kochasz.
Kochał ją tak mocno, że nie potrafił odejść, ale... czy zawsze musi być jakieś ale? Niestety było ale i to nie byle jakie. Zraniła go i zdradziła, czy mógł jej jeszcze zaufać. Osbowodził dłoń z jej odcisku. To nie znaczy, że jej nie kochał, on jej nie ufał.
- Chciał bym zostać. Dajmy sobie czas.
piątek, 12 lutego 2016
Fred x George: Strata
Nigdy nie byłem człowiekiem wielkich ambicji. Jedyne czego chciałem to miłość i znalazłem ją. Miłość ta nie była czymś dobrym. Znalazłem miłość w nie właściwej osobie. Gdyby ktoś się dowiedział... to byłby wstyd i hańba dla wszystkich Weasleyów. Homoseksualizm nie jest czymś dobrym. Moja miłość to choroba, którą powinienem zdusić i duszę każdego dnia.
Kiedy byliśmy młodsi spaliśmy w jednym łóżku, myliśmy się w jednej wannie.
Później w wieku jedenastu lat pojechaliśmy do Hogwardu. Pierwsze żarty, pierwsze problemy, pierwsze przyjaźnie i pierwsze miłości.
Podobało mi się życie w Hogwardzie. Byliśmy wtedy zdali wyłącznie na siebie. Fred i Goerge przeciw całemu światu, to brzmi dobrze prawda? Zawsze widział we mnie brata, tylko i wyłącznie brata. Nawet dziś nie jestem pewny czy zdawał sobie sprawę z mojej miłości.
Zwierzał mi się. Z bólem serca słuchałem tego co mówi o każdej dziewczynie, która mu się podoba. Radziłem mu co powinien zrobić. Słuchał moich rad. Sece krwawiło mi gdy widziałem go spotykającego się z Hermioną Granger. Była dla mnie jak siostra. On był dla mnie bratem, choć czułem do niego coś więcej niż braterską miłość.
Na naszym siódmym roku nauki uciekliśmy od różowej wywłoki. To już nie był Hogward. Mam nadzieję, że do dziś na wspomnienie moje i Freda czerwienieje ze złości.
Rozwinęliśmy z Fredem nasz interes. Jeśli kiedykolwiek kochałem coś równie mocno jak jego to były żarty.
Dowcipy Weasleyów mają się bardzo dobrze. Jestem już za stary by prowadzić ten interes. To syn Hermiony i Rona dostaje go w spadku, po wujku. Już teraz pomaga mi bardzo dużo.
Nadeszła wojna, a razem z nią ból i strach. Codziennie bałem się o Freda.
Straciłem ucho. To on wtdy siedział cały dzień i noc obok mnie. Widziałem jak płakał. To bolało bardziej niż rana zadana przez Snape'a.
Próbowałem go rozśmieszyć. To były ciężkie czasy, a nadchodziły jeszcze cięższe.
Znów znaleźliśmy się w Hogwardzie. Nie opuszczałem go na krok. Staliśmy na wierzy astronomicznej i patrzyliśmy na zbliżających się śmierciożerców.
- Dobrze się czujesz, Freddie?- spytałem.
- tak- złapał mnie za rękę.
- ja też.- odpowiedziałem i odwzajemniłem uścisk.
Patrzyliśmy na tłum śmierciożerców za zaklęcia profesor McGonagall. Otarłem pojedyńczą łzę, miałem złe przeczucia.
Zeszliśmy do reszty. Przytuliłem każdego członka rodziny. Nie wiedziałem, z którym przyjdzie mi się żegnać na zawsze. Nie chciałem tego, ale wojna domagała się ofiary.
Śmierciożercy przedostali się do Hogwardu. Zaczęła się walka. Strzelałem na oślep, byleby nie trafić w rudą czuprynę, no ewentualnie jeszcze w Harrego lub Hermiony.
Zgubiłem gdzieś Freda. Nie było czasu go szukać. Trzymałem się nadziei, że żyje.
Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać pozwolił na odnaleźć poległych. Wtedy zacząłem szukać Freda. Znalazłem go przy Pokoju Życzeń. Fala wspomnień. Pierwsze ucieczki nocą. Łzy utrudniły mi widoczność. Leżał w gruzie kamieni. Po czole ciekła mu stróżka krwi. Podbiegłem do niego, wykopałem go. Płakałem nad ciałem martwego brata. Schyliłem się i wargami musnąłem jego. Nie było stać mnie na nic więcej. Dopiero po chwili zrozumiałem co zrobiłem. Rozejrzałem się i na szczęście nikogo nie zauważyłem. Tuliłem Freda do piersi.
- Wszystko w porządku, Freddie? Wszystko w porządku?- płakałem. W takiej sytuacji znalazł mnie ojciec.
- Goerge.- dotknął mojego ramienia.
- NIE DOTYKAJ MNIE!- wydarłem się z całych chwil i zrzuciłem rękę ojca.
- Goerge. Ciii...- zanucił spokojnie. Znów położył rękę na moim ramieniu, ale ja jej już nie strąciłem. Płakałem głośno z całych sił. Nie odmówiłem kiedy ojciec zabrał Freda z moich ramion. Szedłem za nim nie przestając płakać. Czułem jak Bill kładzie swoją rękę na moich plecach, a Ginny łapie mnie za rękę. Położyliśmy Freda w wielkiej sali. Siedziałem przy nim i płakałem. Straciłem nie tylko miłość, ale również najbliższą mi osobę, brata.
Od tego momentu minęło sześdziesiąt lat. A wspomienia nadal pali mnie żywym ogniem. Śmiech nie brzmi tak samo kiedy nie ma przy mnie Freda.
Jako jedyny członek rodziny nie ożeniłem się. Po śmierci ojca zostałem z matką w domu. Wiek czyni swoje i moja rodzicielka nie ma już tak dobrego wzroku i słuchu. Od niedawna muszę pomagać jej w tak prostych czynnościach jak kąpiel czy ubranie się.
Kiedy pewnego lipcowego ranka wróciłem z zakupów zastałem matkę siedzącą na fotelu i patrzącą na ściane. Spojrzała na mnie.
- Fred?- spytała, a moje serce pękło.
- I ty kobieto śmiesz nazywać sie naszą matką?- w oczach stanęły mi łzy.
- Przepraszam, George.- uśmiechnęła się smutno.
- Żartuję, jestem Fred.- odpowiedziałem przez łzy.
wtorek, 9 lutego 2016
Rozdział 3. My one and only
Upadam odbita od klatki piersiowej jakiegoś chłopaka. Wzrokiem podążam ku górze. Zwykłe czarne spodnie, sweterek, a pod spodem biała bluzka- typowy strój każdego ucznia hogwardu. Zatrzymałam wzrok na zielonym krawacie. Gorzej być nie mogło. Rumieniec wkracza na moje policzki.
Patrzę w szare oczy. Chłopak wyciąga rękę w moją stronę i posyła uroczy uśmiech.
- Dzięki, Nott!- odwzajemniam uśmiech, napewno nie równie powalająco co on.
- Mów mi Teo- obnaża białe zęby, równie proste co moje.
- Okey, Teo.- odpowiadam i poprawiam spódniczkę, która podjechała zdecydowanie za wysoko. Teodor miał zawieszoną torbę na lewym ramienieniu, przypomniałam sobie o swojej i przepraszam go. Wchodzę do pustej sali, Na mojej ławce nie ma torby. Żołądek mi się kurczy.
- Granger? Co ty tu robisz?- cedzi przez zęby Snape.
- Myślałam, że zostawiłam tu torbę, profesorze...- mówię, a on unosi brew. Odkrząkuje.
- Torby? Hmm... JA tu żadnej nie widzę. Powinnaś poszukać gdzie inndziej. Minus pięć punktów dla Gryfindoru za niesubordynacje.
- Ale...
- Kolejne minus pięć punktów za pyskowanie.- Otwieram usta zszokowana.- Jeszcze coś Granger?
- Nie, panie profesorze. Dowidzenia.- nie odpowiada mi, w sumie nie liczę nawet na odpowiedź. Straciłam dziesięć punktów za nic. Typowe dla Snape, nie mógł przegapić odejmowania punktów Gryfonom. W drzwiach zauważam Malfoya i Zabiniego. W ręku Malfoya wisiała dodatkowa czarna torba, bez wątpienia moja. Zaciskam dłonie i idę w ich kierunku. Z oczu ciskam piorunami na zarozumiałego arystokratę.
- Patrz kto idzie.- szturcha Zabiniego.
- Czyżby to była ta sama Granger, którą dziś rano widzieliśmy w tych króciutkich spodenkach?- pyta sarkastycznie unosi brew, a ja się czerwienię.- Bardziej podobał mi się strój twojej koleżanki.- posyła mi pocieszające spojrzenie.w
- Oddajcie mi torbę!- warczę, ręcę zaciśnięte mam do tego stopnia, że knykcie mi bieleją.
-No nie wiem...- Malfoy mruży oczy.
Nie wacham się; rzucam się na niego. Chłopak zdążył podnieść torbę zdecydowanie za wysoko jak dla mnie.
- Skacz- mówi, a w jego oczach czai się wyzwanie. Nie mam zamiaru poniżać się w ten sposób przed nim. Podnoszę nogę i z całej siły depczę go. Ze świstem bierze powietrze, torba upada. Zamknął oczy, a ja odchodzę z dumnie uniesioną głową.
- O stary! Granger...- reszty już nie słyszę, a w zasadzie nawet nie słucham. Kiedy jestem wystarczająco daleko wchodzę do pierwszej lepszej pustej klasy. Wyjmuję książkę z Eliksirów. List jest na swoim miejscu. To nie możliwe, żeby Malfoy mając możliwość zajrzenia do torby nie znalazł go. Czy to możliwe? Przecież on nie mógłby się dowiedzieć o M. W końcu to M-Malfoy. Dostaję olśnienia. Przecież to nie możliwe! Złapię się za głowę. "Mur nienawiści". To nie może być prawda! To jakby ktoś dał mi słodki cukierek, a gdy go zjadłam powiedział, że jest po terminie ważności. To nie może być Malfoy, to zbyt toksyczne. To jakiś żart, do tego nie śmieszny. Odkładam książkę do torby i idę na zajęcia Historii Magii.
- W taki o to sposób Kapral Gorliwy zdobył panowanie nad Francją na prawie pięćset lat. Co było niezwykłym osiągnięciem jak na tamte czasy. Kapral miał wielu...- Ginny starała się ignorować zaczepki Zabiniego. W piętnaści minut zdążył zadźgać ją wszystkim co przy sobie miał. Obok niego siedział Nott i dokładnie notował wszystko co mówił profesor Binns. Odwracam się w jego stronę.
- Koniecznie musisz pożyczyć mi zeszyt, Teo.- zaczepiam go
- Okey- odpowiada nie przerywając pisania. Ginny patrzy na mnie podejrzliwie, nawet Zabini na chwile dał spokój rudowłosej, by na mnie spojrzeć. Ginny mruga do mnie. Każdy mój zeszyt jest idealnie uzupełniony.
- Moi drodzy, a czy ktoś z was wie kto najbardziej zagrażał Kapralowi Gorliwemu, jako pierwszy się mu sprzeciwił i stworzył największy ruch oporu?
Ręka odruchowo powędrowała mi do góry.
- Tak, panie Natt?
- Nott- brunet poprawił profesora- Henryk Waleczny z rodziny Zgredliwych.- po sposobie w jaki to wypowiedział, czułam jak na ustach błąka mu się ironiczny uśmieszek.
W tym wszyscy ślizgoni byli do siebie podobni. Wszyscy silni, cyniczni, ironiczni.
- Tak, tak. W roku 1783 Henryk Waleczny na czele...
Lekcja upłynęła w... po prostu upłynęła.
- Zabini, choloro nie wytrzymuję z tobą!- wybucha Ginny.
- Ale po co od razu te wulgaryzmy? Spokojnie młoda.- śmieje się ochryple.
- Tu TY mnie zaczepiasz. Nie mogłam się skupić na lekcji!
- Ale po co? Przecież nic byś nie robiła, co najwyżej śpisz na histori.- posyła jej rozbawione spojrzenie, ona spłonęła rumieńcem.
- I dobrze, przynajmniej bym się przespała.- mówi przez zaciśnięte zęby.
- Nie złość się tak, złość piękności szkodzi.
- Trzymajcie mnie!- krzyczy i rzuca się na Zabiniego. Okłada go swoimi małymi piąstkami. Na czarnoskórym nie robi to wrażenia, przerzuca ją jak worek ziemniaków przez ramie. Ginny wierci się jak opętana i śmieje.
- Będziesz miał kłopoty jak tylko odłożysz mnie na ziemie!
- Kto powiedział, że cię odłoże?
Biegnie z nią w stronę wyjścia. Patrzę na Teodora, wzrusza ramionami.
- Chodź za nimi.- proponuję i łapię go za rękę. Biegniemy kilka metrów za nimi. Ginny posyła mi przerażone spojrzenie. Wtedy Teodor się zatrzymuje i mocniej ściska moją rękę. Zapomniałam, że go trzymam. Nie zręcznie puszczam jego rękę.
- McGonagall zaraz wkroczy, wolałem żebyśmy nie musieli dostać szlabanu za nic.- uśmiecha się rozbrajająco. Rzeczywiście, teraz zauważyłam profesor.
- Zabini! Weasley! Co wy wyprawiacie?- Z tej odległości widziałam jak oczy Ginny rozszerzają się. Zabini postawia ją na ziemie. McGonagall przycisza głos, tak, że jej nie słyszymy, ale jestem pewna, że odjęła nam punkty i dała szlaban.
- No to nam się chyba dziś upiekło.- śmieję się, a Teodor mi wtóruje
- Chyba tak. Trzymaj.- daje mi zeszyt i puszcza oko.- Chociaż wydaje mi się, że go nie potrzebujesz.
- Wiesz, chyba źle ci się wydaje.- posyłam mu rozbawione spojrzenie, jestem trochę zarzenowana.
- W sumie nawet dzisiaj mogłabyś mi go oddać. Co powiesz o piętnastej na błoniach? Jakbyś chciała mogłabyś później obejrzeć próbę ślizgonów przed meczem.- uśmiecha się zalotnie.
- Czy to zaproszenie na randkę?- rumienię się.
- Nazwij to jak chcesz, w sumie nie musisz brac zeszytu.- puszcza mi oczko i odchodzi. Zostawiając mnie z myślami, na które nie znam odpowiedzi.
- Hermiona! Jak mogłaś pozwolić mu na to co mi zrobił?- pyta zażenowana Ginny.
- A co ja miałam zrobić?- odpowiadam pytaniem na pytanie, to jedynie wymówka. Ginny ma rację.
- Nie wiem no może zatrzymać mnie kiedy się na niego rzuciłam? Teraz mam mieć do końca marca w każdą sobotę dyżury z tym pacenem i do końca marca nie mogę iść do Hogsmead.
- To tylko cztery soboty i dwa wyjścia. Nie tak źle.
- Jasne.- wzdycha.
- Umówiłam się z Teodorem...- szepczę.
- ŻARTUJESZ!- krzyczy i zatrzymuje się twarzą przede mną.- To najprzystojniejszy chłopak w szkole!- dodaje ciszej.
- Tak.- próbuję ukryć nutkę rozmażenia w moim tonie- bezskutecznie.
Idziemy do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Przy wejściu stoi Luna.
- Cześć Hermiona! Cześć Ginny!- mówi nieobecnym głosem.
- Co się stało Luna?- pytam.
- Neville, ale to nic po prostu czekam na Ginny. Musimy pogadać o nowym wydaniu Szkolnej Gazetki.- uśmiecha się, a w oczach czają jej się iskierki szczęścia. Jest zakochana. W Neville'u.
Zostawiam dziewczyny same, średnio obchodzi mnie szkolna gazetka. Dosiadam się do Rona i Harrego grających w czarodziejskie szachy.
- Szach- mat!- śmieje się Ron. Jego rude włosy są rozczochrane. Niedawno musieli usiąść do gry.
Na plecach czuję palące spojrzenie, to Lavender. Powinam z nią pogadać, ale jeszcze nie jestem gotowa. Idę do dorminotrium. Ciągle czuje na sobei jej wzrok. W pokoju odwracam się, dla pewności w jej stronę. Stoi w drzwiach.
- Cześć Lavender.- witam ją najmilej jak potrafię. Incydent z szóstej klasy najlepiej na nas nie podziałał.
- Cześć.- odpowiada sucho, głosem wyblakłym z emocji. To przerażające.- Musimy pogadać.- dodaje obojętnie.
- O czym? Musimy teraz? Trochę mi się spieszy.- Zamyka drzwi zaklęciem.
- Accio różdżka Hermiony.- zaczynam się bać. - Teraz będziesz musiała ze mną porozmawiać.
Patrzę w szare oczy. Chłopak wyciąga rękę w moją stronę i posyła uroczy uśmiech.
- Dzięki, Nott!- odwzajemniam uśmiech, napewno nie równie powalająco co on.
- Mów mi Teo- obnaża białe zęby, równie proste co moje.
- Okey, Teo.- odpowiadam i poprawiam spódniczkę, która podjechała zdecydowanie za wysoko. Teodor miał zawieszoną torbę na lewym ramienieniu, przypomniałam sobie o swojej i przepraszam go. Wchodzę do pustej sali, Na mojej ławce nie ma torby. Żołądek mi się kurczy.
- Granger? Co ty tu robisz?- cedzi przez zęby Snape.
- Myślałam, że zostawiłam tu torbę, profesorze...- mówię, a on unosi brew. Odkrząkuje.
- Torby? Hmm... JA tu żadnej nie widzę. Powinnaś poszukać gdzie inndziej. Minus pięć punktów dla Gryfindoru za niesubordynacje.
- Ale...
- Kolejne minus pięć punktów za pyskowanie.- Otwieram usta zszokowana.- Jeszcze coś Granger?
- Nie, panie profesorze. Dowidzenia.- nie odpowiada mi, w sumie nie liczę nawet na odpowiedź. Straciłam dziesięć punktów za nic. Typowe dla Snape, nie mógł przegapić odejmowania punktów Gryfonom. W drzwiach zauważam Malfoya i Zabiniego. W ręku Malfoya wisiała dodatkowa czarna torba, bez wątpienia moja. Zaciskam dłonie i idę w ich kierunku. Z oczu ciskam piorunami na zarozumiałego arystokratę.
- Patrz kto idzie.- szturcha Zabiniego.
- Czyżby to była ta sama Granger, którą dziś rano widzieliśmy w tych króciutkich spodenkach?- pyta sarkastycznie unosi brew, a ja się czerwienię.- Bardziej podobał mi się strój twojej koleżanki.- posyła mi pocieszające spojrzenie.w
- Oddajcie mi torbę!- warczę, ręcę zaciśnięte mam do tego stopnia, że knykcie mi bieleją.
-No nie wiem...- Malfoy mruży oczy.
Nie wacham się; rzucam się na niego. Chłopak zdążył podnieść torbę zdecydowanie za wysoko jak dla mnie.
- Skacz- mówi, a w jego oczach czai się wyzwanie. Nie mam zamiaru poniżać się w ten sposób przed nim. Podnoszę nogę i z całej siły depczę go. Ze świstem bierze powietrze, torba upada. Zamknął oczy, a ja odchodzę z dumnie uniesioną głową.
- O stary! Granger...- reszty już nie słyszę, a w zasadzie nawet nie słucham. Kiedy jestem wystarczająco daleko wchodzę do pierwszej lepszej pustej klasy. Wyjmuję książkę z Eliksirów. List jest na swoim miejscu. To nie możliwe, żeby Malfoy mając możliwość zajrzenia do torby nie znalazł go. Czy to możliwe? Przecież on nie mógłby się dowiedzieć o M. W końcu to M-Malfoy. Dostaję olśnienia. Przecież to nie możliwe! Złapię się za głowę. "Mur nienawiści". To nie może być prawda! To jakby ktoś dał mi słodki cukierek, a gdy go zjadłam powiedział, że jest po terminie ważności. To nie może być Malfoy, to zbyt toksyczne. To jakiś żart, do tego nie śmieszny. Odkładam książkę do torby i idę na zajęcia Historii Magii.
- W taki o to sposób Kapral Gorliwy zdobył panowanie nad Francją na prawie pięćset lat. Co było niezwykłym osiągnięciem jak na tamte czasy. Kapral miał wielu...- Ginny starała się ignorować zaczepki Zabiniego. W piętnaści minut zdążył zadźgać ją wszystkim co przy sobie miał. Obok niego siedział Nott i dokładnie notował wszystko co mówił profesor Binns. Odwracam się w jego stronę.
- Koniecznie musisz pożyczyć mi zeszyt, Teo.- zaczepiam go
- Okey- odpowiada nie przerywając pisania. Ginny patrzy na mnie podejrzliwie, nawet Zabini na chwile dał spokój rudowłosej, by na mnie spojrzeć. Ginny mruga do mnie. Każdy mój zeszyt jest idealnie uzupełniony.
- Moi drodzy, a czy ktoś z was wie kto najbardziej zagrażał Kapralowi Gorliwemu, jako pierwszy się mu sprzeciwił i stworzył największy ruch oporu?
Ręka odruchowo powędrowała mi do góry.
- Tak, panie Natt?
- Nott- brunet poprawił profesora- Henryk Waleczny z rodziny Zgredliwych.- po sposobie w jaki to wypowiedział, czułam jak na ustach błąka mu się ironiczny uśmieszek.
W tym wszyscy ślizgoni byli do siebie podobni. Wszyscy silni, cyniczni, ironiczni.
- Tak, tak. W roku 1783 Henryk Waleczny na czele...
Lekcja upłynęła w... po prostu upłynęła.
- Zabini, choloro nie wytrzymuję z tobą!- wybucha Ginny.
- Ale po co od razu te wulgaryzmy? Spokojnie młoda.- śmieje się ochryple.
- Tu TY mnie zaczepiasz. Nie mogłam się skupić na lekcji!
- Ale po co? Przecież nic byś nie robiła, co najwyżej śpisz na histori.- posyła jej rozbawione spojrzenie, ona spłonęła rumieńcem.
- I dobrze, przynajmniej bym się przespała.- mówi przez zaciśnięte zęby.
- Nie złość się tak, złość piękności szkodzi.
- Trzymajcie mnie!- krzyczy i rzuca się na Zabiniego. Okłada go swoimi małymi piąstkami. Na czarnoskórym nie robi to wrażenia, przerzuca ją jak worek ziemniaków przez ramie. Ginny wierci się jak opętana i śmieje.
- Będziesz miał kłopoty jak tylko odłożysz mnie na ziemie!
- Kto powiedział, że cię odłoże?
Biegnie z nią w stronę wyjścia. Patrzę na Teodora, wzrusza ramionami.
- Chodź za nimi.- proponuję i łapię go za rękę. Biegniemy kilka metrów za nimi. Ginny posyła mi przerażone spojrzenie. Wtedy Teodor się zatrzymuje i mocniej ściska moją rękę. Zapomniałam, że go trzymam. Nie zręcznie puszczam jego rękę.
- McGonagall zaraz wkroczy, wolałem żebyśmy nie musieli dostać szlabanu za nic.- uśmiecha się rozbrajająco. Rzeczywiście, teraz zauważyłam profesor.
- Zabini! Weasley! Co wy wyprawiacie?- Z tej odległości widziałam jak oczy Ginny rozszerzają się. Zabini postawia ją na ziemie. McGonagall przycisza głos, tak, że jej nie słyszymy, ale jestem pewna, że odjęła nam punkty i dała szlaban.
- No to nam się chyba dziś upiekło.- śmieję się, a Teodor mi wtóruje
- Chyba tak. Trzymaj.- daje mi zeszyt i puszcza oko.- Chociaż wydaje mi się, że go nie potrzebujesz.
- Wiesz, chyba źle ci się wydaje.- posyłam mu rozbawione spojrzenie, jestem trochę zarzenowana.
- W sumie nawet dzisiaj mogłabyś mi go oddać. Co powiesz o piętnastej na błoniach? Jakbyś chciała mogłabyś później obejrzeć próbę ślizgonów przed meczem.- uśmiecha się zalotnie.
- Czy to zaproszenie na randkę?- rumienię się.
- Nazwij to jak chcesz, w sumie nie musisz brac zeszytu.- puszcza mi oczko i odchodzi. Zostawiając mnie z myślami, na które nie znam odpowiedzi.
- Hermiona! Jak mogłaś pozwolić mu na to co mi zrobił?- pyta zażenowana Ginny.
- A co ja miałam zrobić?- odpowiadam pytaniem na pytanie, to jedynie wymówka. Ginny ma rację.
- Nie wiem no może zatrzymać mnie kiedy się na niego rzuciłam? Teraz mam mieć do końca marca w każdą sobotę dyżury z tym pacenem i do końca marca nie mogę iść do Hogsmead.
- To tylko cztery soboty i dwa wyjścia. Nie tak źle.
- Jasne.- wzdycha.
- Umówiłam się z Teodorem...- szepczę.
- ŻARTUJESZ!- krzyczy i zatrzymuje się twarzą przede mną.- To najprzystojniejszy chłopak w szkole!- dodaje ciszej.
- Tak.- próbuję ukryć nutkę rozmażenia w moim tonie- bezskutecznie.
Idziemy do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Przy wejściu stoi Luna.
- Cześć Hermiona! Cześć Ginny!- mówi nieobecnym głosem.
- Co się stało Luna?- pytam.
- Neville, ale to nic po prostu czekam na Ginny. Musimy pogadać o nowym wydaniu Szkolnej Gazetki.- uśmiecha się, a w oczach czają jej się iskierki szczęścia. Jest zakochana. W Neville'u.
Zostawiam dziewczyny same, średnio obchodzi mnie szkolna gazetka. Dosiadam się do Rona i Harrego grających w czarodziejskie szachy.
- Szach- mat!- śmieje się Ron. Jego rude włosy są rozczochrane. Niedawno musieli usiąść do gry.
Na plecach czuję palące spojrzenie, to Lavender. Powinam z nią pogadać, ale jeszcze nie jestem gotowa. Idę do dorminotrium. Ciągle czuje na sobei jej wzrok. W pokoju odwracam się, dla pewności w jej stronę. Stoi w drzwiach.
- Cześć Lavender.- witam ją najmilej jak potrafię. Incydent z szóstej klasy najlepiej na nas nie podziałał.
- Cześć.- odpowiada sucho, głosem wyblakłym z emocji. To przerażające.- Musimy pogadać.- dodaje obojętnie.
- O czym? Musimy teraz? Trochę mi się spieszy.- Zamyka drzwi zaklęciem.
- Accio różdżka Hermiony.- zaczynam się bać. - Teraz będziesz musiała ze mną porozmawiać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














