music

poniedziałek, 28 marca 2016

DRABBLE: Scorpius x Albus: I like your lips

Dawno nie było miniaturek. Miałam wstawić ją dopiero za tydzień, może później, ale wyszło Drabble- jak tu nie spróbować? Moje pierwsze Drabble, jestem dumna! Mam nadzieję, że Wam również się spodoba, a za sześć dni przychodzę z Fremione.
Ta stusłowna historia będzie miała swoją kontynuację, którą zamieszczę w przyszłym miesiącu.



Głośna muzyka, typowe ślizgońskie imprezy. Nie wiele pamiętam. 
Ognista robi swoje. Jakaś ręka prowadzi mnie w stronę sypialni. 
Wiedziałem co się stanie, pomimo otumanienia byłem na to gotów. 
Miałem ochotę, rzadko kiedy nie mam. Wiecznie młody nie będę,
 a skoro i jej taki ukłat pasuje... 
tata nie byłby dumny, gdyby wiedział co dzieje się za murami Hogwartu. 
Och nie myśl o tym Al! Zamyka drzwi, a ja siedzę na łóżku.
 Cholera nie mogę się doczekać. Staję przede mną.
 Jestem zszokowany, to nie ona, tylko ON.
 Do tego Scorpius. Czy jest pijany? Schyla się i zaczyna mnie całować. 
Całuje bardzo dobrze.

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 8. Tell me if I'm right


- Czekam na wyjaśnienia.- oznajmiam po zamknięciu drzwi do klasy i użyciu paru przydatnych zaklęć.
- Hermiono, masz moje słowo, że dowiedziałam się o tym dopiero dzisiaj!- policzki Ginny nabrały barwę szkarłatu.
- Napewno?- pytam podejrzliwie. Ginny wyciąga ręcę, a ja rzucam krótkie, przydatne zaklęcie prawdy.
- Czy nie miałaś nic wspólnego z artykułem dotyczącym mnie i Malfoya?- pytam po raz kolejny.
- Nie.- Ginny odpowiada, a jej dłonie nie przybierają czerwonej barwy, jak to zwykle się staje gdy ktoś kłamie. Chowam różdżkę i przytulam przyjaciółkę.
- To musi być Rose...- Ginny nie spuszcza ze mnie wzroku. Ja również nie omijam jej oczu.- Pogadam z nią.
- Idę z tobą.- patrzę na nią uparcie. Nie pozbędzie się mnie tak łatwo.
- No dobrze. Za chwilę dzwonek, może przełożymy to na porę obiadu?- pyta. Ma rację, nie ma sensu teraz się tym zajmować.  Zwłaszcza dlatego, że Ginny zaczyna już lekcje. Wracam do Pokoju Wspólnego.
Spakowałam torbę i poszłam na zaklęcia. Ciężko było mi się skupić na lekcji, kiedy  czułam na sobie wzrok Rona. Moje myśli są pogmatwane. To nie może być prawda! Dlaczego ja? Zaciskam dłonie w pięści, by nikt nie zauważył jak się trzęsą. Powoli, najdyskretniej jak potrafię odwracam głowę. Teodor nawet na mnie nie patrzy. Zagryzam wargę. Jak się wytłumaczę mu?
Dokładnym jego przeciwieństwem jest Ron. Nie odrywa ode mnie wzroku. Staram się go ignorować. Ignoruję go.
Jakimś cudem lekcja mija. Pakuję się najszybciej jak potrafię i czekam przed klasą na Teodora.  Ron zauważa mnie i idzie w moim kierunku. Na szczęście Harry ciągnie go za rękę. Nie mam pojęcia jak odwdzięczę się czarnowłosemu. Ślizgon się nie śpieszy. Z klasy wychodzi jako ostatni.
- Teo!- wołam go i łapię za rękę. Odwraca się i patrzy na mnie z wyższością.
- Mmm?- posyła mi zniecierpliwione spojrzenie jakby się śpieszył. Napewno się spieszył kiedy wychodził z sali.
- Musimy pogadać.- rozluźniam uścisk na jego dłoni.
- Ja nic nie muszę.- akcentuje ostatnie słowa. Odwraca się i idzie przed siebie. Ze zdziwieniem zauważam, że jestem nie tyle smutna co wściekła. Tupię nogą, a niesforny kosmyk spada mi na czoło. Nie chcesz, Teodorze- to nie.
Pare lekcji później czekam na Ginny przed Wielką Salą. Widzę jak jej sylwetka się przybliża i o dziwo nie jest sama. Towarzyszy jej Luna.
- Cześć, Hermiono
- Cześć, Luna.
Po chwili wtajemniczają mnie w rozmowę jaka mnie ominęła.
- Pożyczyłam mapę Huncwotów od Harry'ego.
- A on o tym wie?- posyłam jej rozbawiony uśmiech. Kiwa twierdząco głową.- Więc idziemy do sowiarni?- zadaję drugie ważne pytanie. Znów potwierdza moje słowa.
Luna podąża za nami w milczeniu. Kiedy jesteśmy na schodach ja Ginny również milkniemy. Ktoś płacze. Dokładniej mówiąc ona. Rosalie White. Nigdy nie miałam z nią doczynienie, nie to co Ginny czy Luna.
- Rose?- pyta Luna.
- Idź sobie, Lovegood. Nie mam humoru.
- Rose, ale tak nie można. Powinnaś pogadać z Hermioną.
- Nie, Luna. Ja nie mogę! Nie po tym co zrobiłam.
Podchodzę do nich. White milknie momentalnie i patrzy na mnie wielkimi oczami.
- Dlaczego to zrobiłaś?- to jedyne o czym potrafię myśleć.
- Dla żartu.- mówi tak sarkastycznie, że gryzę policzki od wewnętrznej strony. Mogłabym w tej chwili ją uderzyć.
- słaby żart.- wzdycham.
- Napewno nie dla tego idioty Malfoya. Zresztą... nie ważne.- co ona ukrywa?
- Nie ważne... co?
- nic.



piątek, 11 marca 2016

Rozdział 7. Tell me if I'm wrong

Gwiazdy rozypane były na czarnym niebie. My, głowa przy głowie, szukamy tej jednej jedynej.  Nie potrzebuje żadnych upewnień, że jest obok. Zdaję sobie z tego świetnie sprawę. Nasze milczenie jest wystarczająco wymowne. Teodor podpiera głowę rękami, teraz patrzy mi w oczy. Ma piękne szare oczy. Kto by pomyślał, że to wszystko zaczęło się od naszego zderzenia?
- Lubię cię.- wyznaję mu.
- Ja ciebie też- odpowiada. Oboje mówimy prawdę. Jego oczy momentalnie się powiększają. Jego oczy są tuż przy moich. Jego usta są tuż przy moich. To zupełnie inny świat. Mój brzuch wariuje. Motylki odbijają się od ścian żołądka. To nasz drugi pocałunek. Czy kiedykolwiek poznam większą rozkosz niż jego pocałunki? Odsuwa się ode mnie i uważnie przygląda. Moją uwagę przykuwa jednak co innego.
- Pomyśl życzenie, Teo!- radzę. Spadająca gwiazda nie będzie wiecznie spadać.
- Chcę byś ze mną była.- kładzie pocałunki na mojej szyi.
- Nie mów tego na głos, bo się nie spełni!- śmieję się.
- Zostaniesz moją dziewczyną?- podnosi się do pozycji siedzącej i patrzy na mnie poważnie. Również się podnoszę.
- Owszem.- uśmiecham się lekko.
- I niby co? Życzenie się spełniło! A jakie było twoje?- pyta wyraźnie z siebie zadowolony.
- Nie powiem.- zagryzam wargę, a on kładzie swoją dłoń na moim policzku. Chcę poznać być szczęśliwa, ciekawe czy gwiazda rzeczywiście spełni moją proźbę.
Ziewnam ze zmęczenia.
- Może chcesz już wrócić?- pyta. Kiwam jedynie głową. Jest już grubo po północy. Teodor pomaga mi wstać. Zaklęciem odnosi koc i koszyk piknikowy do swojego pokoju. Odprowadza mnie pod portret Grubej Damy.
- Do zobaczenia jutro.- kolejne ziewnięcie wyrywa mi się z piersi. Jestem zadowolona, że jutro nie muszę wstać z samego rana. Są również minusy jutrzejszego dnia, ale o nich jeszcze nie chcę myśleć. Przytulam się do Teodora. Mogłabym tak zostać w jego objęciach na dłużej. Niestety nic nie może wiecznie trwać. To co dobra trwa najkrócej.
- Do zobaczenia, księżniczko.- złożył pocałunek na moim czole.
- Co ty tu robisz o tej porze?- zaskrzeczała Gruba Dama.- Jest trzecia nad ranem!
- Dumbledor.- wypowiadam hasło, by zakończyć te niepotrzebne konwersacje. Wchodzę do Pokoju, który o dziwo nie jest pusty. Na fotelu siedzi Harry i czyta mnóstwo książek.
- Harry?
- Hermiona? Co ty tu robisz o tej porze? Gdzie byłaś?- Harry zaczerwienił się.
- Spotkałam się z Teodorem, tylko nie mów Ronowi!- zielonooki kiwa głową.- A ty co tu robisz?- pytam.
- Pomagam Parkinson.- zaczerwienił się jeszcze bardziej.
- Dlaczego?- pytam.
- Nie wiem. Chyba po prostu dlatego bo ją lubię.- chyba nagle dywan wydał się Harremu niesamowicie ciekawy.
- Ona ciebie chyba też lubi.- stwierdzam. Podnosi zdziwiony głowę. Opowiadam mu po części to co mi Ginny.
- Naprawdę tak powiedziała?- Harry był cały czerwony, a wszystkie książki porozrzucane na stoliku.
- Pomagam jej odnaleźć biologiczną matkę. Po śmierci rodziców  dowiedziała się, że jej ojciec zdradził matkę z mugolką. Teraz poszukujemy jej biologicznej matki.
- W czarodziejskich książkach?- pytam zdziwiona.
- Szukamy jakiegoś zaklęcia by móc ją odnaleźć.
- Poczekaj, Harry!- wysilam szare komórki. Już nawet nie jestm śpiąca.- Gdzieś o tym słyszałam...- przygryzam wargę.- Nie potrafię sobię teraz tego przypomnieć, ale gdy tylko przyjdzie mi coś do głowy od razu ci powiem.
- Dziękuję, Hermiono!- Harry przytula mnie do siebie.- Może lepiej idź już spać, jest już późno
Jak na potwierdzenie tych słów ziewa.
- Ty też się kładź- radzę i idę w stronę dorminotrium.
Momentalnie zasypiam gdy moja twarz styka się z poduszką. Pościel jest przyjemnie miękka. Kojarzy mi się z domowym ciepłem. Łza zmoczyła moją poduszkę, ta jedna jedyna.
Następnego dnia budzi mnie sowa stukająca o szybę. Kiedy to moje życie stało się takie zabiegane? Miałam odpocząć po śmierci Voldemorta! Niechętnie wstaję z łóżka i otwieram okno. Sówka wlatuje. Do nóżki ma przyczepioną małą białą kartkę. Odczepiam ją, a sówka nadal czeka. Widocznie na odpowiedź.

Czy o piętnastej też by ci pasowało? O szesnastej mam coś innego do załatwienia. D.

No tak, pewnie szanowny dupek ma poważniejsze plany. Odpisuję mu na tej samej kartce. Skoro ma takie ważne sprawy, niech mu będzie.
W ten sposób od razu po obiedzie poszłam do biblioteki. Malfoy już czekał przy stoliku z jakąś książką w ręku.
Przysiadłam się do niego. Nawet nie zaszczycił mnie swoim spojrzeniem.
- Umawialiśmy sie na piętnastą.- wzdycha ze znóżeniem. Unoszę brwii.
- Przecież jestem!
- Już pięć minut po piętnastej.- Nie patrz na mnie. Dalej szuka jakiejś informacji w książce.- Możesz się tak na mnie nie patrzeć?- zarumieniłam się, a on po raz pierwszy na mnie spojrzał.
- Masz jakieś domysły kto to mógł być?- pytam.
- Jakiś ślizgon. Żaden Gryfon, Puchon albo Krukon nie wymyślił by czegoś takiego.
- Czy ja wiem? Równie dobrze mogli to być Krukoni.
- Wątpię. To typowy ślizgoński plan.- uśmiechnął się ironicznie. Poprawiłam włosy, by nie musieć patrzyć w jego szare tęczówki. Tak podobne, a jednocześnie tak inne od tych Teodora.
- Dobrze. Załóżmy, że to ślizgon. Co dalej?
- Nie wiem. Mógłby to być każdy.
- Powinniśmy, a zwłaszcza ty.- wskazałam na niego palcem.- przyjrzeć się ślizgonom.
Wzruszył ramionami. Zirytowałam mnie jego gest.
Rozmyślaliśmy dalje podając imiona wszystkich naszych wrogów.
- Długo jeszcze, Malfoy?- pytam po dwudziestej osobie jaką wymienił. Głowę opierałam na rękach.
- Wiesz to przykre jak dużo osób mi zazdrości.
- Niby czego?
- Jestem przystojny, bystry, mam kase. Wymieniać dalej?- pyta retorycznie.
Spędzenie z nim godziny nie było dobrym pomysłem. Okropna godzina. Wracam do Pokoju Wspólnego. Opowiada  Ginny o całej histori z Malfoyem. Kiedyś i tak napewno by się dowiedziała. Czas minął szybko i znów musiałam pójść do Wielkiej Sali na kolację.

Przyszedł upragniony przez Hogwardzką młodzież poniedziałek. Czujesz ten sarkazm? Jak zwykle z samego rana wszyscy czytali "Plotkarski Hogwart". Gazetkę prowadzoną przez mieszkanki trzech domów: Slytherinu, Gryffindoru i Ravenclawu.
Czytałam go tylko i wyłącznie by nie zrobić przykrości Ginny. Była jedną z głównych redaktorek razem z Luną i Rosalie White*. na pierwszej okładce byłam ja z Malfoyem. Uśmiechałam się w jego kierunku. Sama w to nie wierzyłam.
GRANGER FLIRTUJE Z MALFOYEM?
Głosił tytuł. Cholera jasna!






*Nowa postać, wymyślona przeze mnie. Zdradzę wam w sekrecie, że ma wspólne korzeniem razem z jednym z bohaterów. Domyślacie się z kim?

wtorek, 8 marca 2016

Rozdział 6. We’re afire love

Wracamy do Pokoju Wspólnego. Nie ominęły nas wyjaśnienia. Lavender nawet nie ukrywa złości, bez skrupułów patdzy to na mnie, to na Rona. Nie mam czasu o niej myśleć, muszę znaleźć Teodora. Jeśli Malfoy nas widział Teo napewno już wszystko wie z szczegółami, które nie miały miejsca.
Przebieram się i żegnam przyjaciół.
- Później wytłumaczę.- szepczę Ginny. Dyskretnie kiwa głową nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
Szukam go po całej szkole. Godzinę przeszukiwałam korytarze, póki nie przyszło mi na myśl, że może spacerować po błoniach. Nie myliłam się. Teodor siedział na ławce. O i kto by się spodziewał? Obok niego Malfoy z Parkinson i Zabinim. Jakieś sto metrów dalej stali Crabble i Goyle.
Najpierw zauważa mnie Parkinson i znacząco chrząka, głowy pozostałych podążają za jej wzrokiem.
- Hermiona.- Teodor mówi entuzjastycznie, wstaje. Podchodzę bliżej i go przytulam.
- Możemy pogadać?- nie zdążyłam przed Malfoyem, niech lepiej powie mi od razu, że lepiej by było gdybym sobie poszła.
- Nie ma sprawy.- kiwa głową na ślizgonów. Odchodzą bez słowa. Malfoy nie zaszczyca mnie nawet spojrzeniem, nie to co Parkinson. Dyskretnie odwracam się za nimi. Pansy złapała Malfoya za rękę. Co z Harrym?- pomyślałam.
Siadamy na tej samej ławce, na której wcześniej siedział. Drzewo rzuca na nas swój cień.
- O czym chciałaś pogadać?- pyta zdawkowym tonem.
- Malfoy pewnie zdążył ci naopowiadać na ten temat wiele głupot...- zagryzam wargę.
- Jakich głupot?- Marszczy brwii.
- Tego co wydarzyło się dziś rano...
- coś się wydarzyło?- on chyba ze mną gra.Nie mógł nie wiedzieć.
- Nie wierzę, że Malfoy ci nic nie mówił!
- Hermiono powiedz mi o co ci chodzi!- zgania mnie.
- Malfoy widział mnie z samego rana jak wychodziłam z Pokoju Życzeń z Ronem.
- Spałaś z Weasleyem?- patrzy na mnie oskarżycielsko.
- Nie!
- To jakim cudem....
- Już tłumaczę. Ronald wczoraj się upił. Nie był w stanie chodzić. Spędziliśmy noc w Pokoju Wspólnym. Między mną a nim do niczego nie doszło. Malfoy nic ci nie mówił?
- Nie.- patrzy na mnie rozbawiony.- Ogólnie rzecz biorąc rzadko o tobie mówi.






- Dziś o północy,Wieża Astronomiczna.
- Okey. Coś wziąć?
- Uśmiech.- uderzam go w ramię.
- Mówię poważnie!
- Nic nie musisz brać.





Idę do Wielkiej Sali. W brzuchu mi burczy. Czy jadłam dziś śniadanie? Nie pamiętałam. Bardziej liczył się dla mnie objad, który właśnie nadszedł. Siadam obok przyjaciół. Dziesięć minut później mój talerz jest kompletnie pusty i kończę mój sok. Już mam zamiar wstać, kiedy Ginny łapie mnie za rękę.
- Będziesz mi się tłumaczyć. Za godzinę w dorminotrium.- szepcze do mojego ucha.
- Okey.- mruczę.
Wychodzę z sali. Mijam pusty korytarz. Skręcam w lewo i.... czuję uścisk na ręcę. Ktoś ciągnie mnie do ciemnego kąta. Zasłania mi ręką usta. Ma długie, zimne palce. Nie mogę krzyczeć. Oddycha tuż przy moim uchu. Jego ciało jest bardzo blisko mojego. Czuję przyjemny zapach męskich perfum.
- Na ile frontów lecisz, Granger?- pyta sarkastycznie. Znam ten głos.- Weasley, okey- jeszcze rozumiem, ale po jaką cholerę kręcisz z Nottem?  Może mi się to nie podoba? Wiesz co mi się jeszcze nie podoba? Twój list do mnie.
Chciałabym powiedzieć mu mnóstwo rzeczy, ale jego dłoń na nic mi nie pozwala. Z całej siły odpycham go od siebie. Daje mi to tylko chwilową przewagę. Wystarczy mi tylko chwila.
- Jaki list? Nic do ciebie nie pisałam!- posyłam mu wrogie spojrzenie.
- Jaki?- pyta i podaje mi pogięty świstek papieru.- Drogi Malfoyu,
Od siedmiu lat walczę z sobą, żeby w ten dzień do Ciebie napisać. Kończymy naszą przygodę w Hogwardzie, pozostała mi ostatnia szansa. Muszę przełamać ten mur nienawiści jaki między nami powstał przez te wszystkie lata. Ograniczę się do prostych słów.
Kocham Cię
I nawet jeśli nie będziesz wiedział od kogo jest ten list, wiedz, że pod tą maską jaką na codzień zakładam chowa się zakochana dziewczyna.
 Na zawsze twoja, G.- wyrecytował.
- Dostałam taki sam.- stwierdzam.
Unosi brew.
- Nie wierzę.
- Accio list od M!- świstek papieru po paru minutach czyta.
- Ktoś się z nas nabija.- zaciska szczękę. Widzę to w półmroku jaki panuje.
- Ale kto?- patrzę na niego. Skupiona na zaciśniętej szczęce.
- Och, Granger. Gdybym wiedział ten ktoś już dawno by nie żył.- mówi to tak lekkim tonem, że mam dreszcz.
- Musimy dowiedzieć się kto to.
- My? Jakie my?- patrzy na mnie z wyższością. Nienawidzę tego wzroku. Mam ochotę go uderzyć.
- Masz rację. Ja również nie miałabym ochoty współpracować z takim dupkiem.- unosi rozbawioną brew.
- Jaka szkoda, że jutro spotykamy się w bibliotece. Masz tam być. Inaczej... lepiej nawet nie sprawdzaj. Możesz uznać to za tymczasowe zawieszenie broni.- jestem zdziwiona jego nagłą zmianą podejścia do tematu.
- O której?- mam nadzieję, że nie widać po mnie zdziwienia.
- Szesnasta?
Kiwam głową i zostawiam go samego. Wróciłam do dorminotrium. Na moje nieszczęście siedziała tam Lavender i... o Godryku! ... płakała.
- Lav?- pytam.
- Idź sobie!- mieszanka tuszu i łez wygląda strasznie na jej twarzy.
Podchodzę bliżej i kładę rękę na jej ramieniu. Siadam na jej łóżku.
- Dlaczego taka jesteś?- pyta. Mam wyrzuty sumienia. Nie ranię jej specialnie.
- To nie tak Lavender. To tak nie wygląda. Powinnaś o tym rozmawiać z Ronem.
- Nie dam rady!- wzdycha i patrzy mi w oczy. Rumienię się.
- Powinnaś to zrobić.


Pomagam jej się pozbierać. Wychodzi na spotkanie z Ronem. Życzę jej powodzenia. Może w ten sposób pozbędę się Rona? Wstyd mi za te myśli.
Pare minut później przychodzi Ginny.
- Opowiadaj.- zaczyna bez ogródek.
- Nic ciekawego.
- Hermiono, obie wiemy, że nie umiesz kłamać.
- Ronald wczoraj się upił.
- Wiedziałam, że ta wasza gatka o tym, że tam zasnął jest nie prawdziwa!- po chwili dodała ciszej- Ron ma chyba problemy z alkoholem. Odkąd tylko umarł George, podobnie zresztą jak Fred...- spojrzałam na nią smutno. Biedaczka. Wojna zostawiła piętno na jej rodzinie. Bolesne piętno.
- Nie mogłam z nim w takim stanie wrócić. Co by było gdyby zobaczył nas jakiś duch, albo co gorsza nauczyciel? Spędziliśmy tam noc. Oczywiście nie doszło między nami do niczego.
- Wkońcu niby jak? Napewno nie zgodziłabyś się!- Ginny uśmiecha się smutno. Nadal myśli o Georgu.
- Z samego rana wybiegłam z pokoju.
- Powiedz tylko, Godryku, że byłaś ubrana!
- Oczywiście, ale zobaczył nas Malfoy.
- Powiedział Teodorowi?
- O dziwo nie.
- Nie gadaj!
- Mhm. Sama się mu wygadałam.- Ginny bezgłośnie poruszyła wargami "wtopa". Pokiwałam głową.- Jesteśmy jeszcze umówieni dzisiaj o północy.
Nie wspomniałam jej o Malfoyu, bo wkońcu i po co? Przecież to nic istotnego. Musiałabym wtedy opowiedzieć jej o liście.


niedziela, 28 lutego 2016

Rozdział 5. Cold Heart

- HERMIONA?- krzyczy. W oczach zebrały mi się łzy. A poczucie winny wstrzymuje mi oddech.


Odsuwam się od Teodora o dwa kroki. Jestem oblana rumieńcem i wstyd mi za śmiałość. Teodor nie wygląda na spiętego, ani zaskoczonego. Ma minę jakby nic się właśnie nie stało. Czy naprawdę tak uważa?
- Potter. Weasley.- stwierdza obojętnym tonem. Patrzy na mnie i uśmiecha się niepewnie.- Do zobaczenia, Hermiono.- całuje moją rękę. Jestem jeszcze bardziej czerwona. Odwraca się tyłem i luźnym krokiem podąża na trening. Stoję plecami do chłopców. Nie mam odwagi się odwrócić.To śmieszne. Jeszcze minutę temu byłam pewna, że nic nie może zepsuć tej chwili. Był zbyt piękny dzień. Widocznie nie wystarczyło piękna również i na tą chwilę. Oboje milczą, zbieram całą odwagę jaką posiadam by się odwrócić. Ron ma zaciśniętą szczękę i ręce. Jest cały czerwony, aż po cebulki włosów. Dostrzegam błysk w jego oku, odwraca się i szybkim krokiem ucieka. Poczucie winny kłuje sumienie. 
- Czy Ron...?- pytam Harry'ego. Kiwa głową. Widzę po nim, że ta żenująca scena nie zrobiła na nim wrażenia. 
-... nadal coś do ciebie czuje.- kiwa smutno głową.
- Oh, Harry!- łapię się za głowę. Ron jest tylko przyjacielem!- On sam mówił, że możemy być TYLKO przyjaciółmi- akcentuję przedostatni wyraz. Dłonią przeczesuję rozczochrane włosy.
- Nawet jeśli, to nie jest przyjemne uczucie gdy widzisz swoją byłą dziewczynę obściskującą się z jakimś ślizgonem.- uśmiecha się smutno. Rozumiem do czego nawiazuje. Widział Ginny z Zabinim. Pewnie uważa to za coś poważniejszego. Czy to napewno jest coś poważnego? Może to tylko punkt widzenia Harry'ego?
- To nic poważnego, Harry, Teodora znam lepiej dopiero...- dopiero dwa dni, dokończyłam w myślach. Jeszcze nikogo nie chciałam pocałować po tak krótkim czasie. Nikogo nie całowałam. 
-... od jakiegoś czasu.
- Rozumiem, Hermiono. Może pójdziemy poszukać Rona? Jemu bardziej przyda się rozmowa o... ty.
Kiwam głową i idziemy do Pokoju Wspólnego. Nie ma go ani na kanapie ani w dorminotrium.
Przeszukaliśmy cały zamek, bezskutecznie. Prawie cały, oprócz Pokoju Życzeń. Nie wiem czy Harry zdawał sobie z tego sprawę. Wolałam jednak nic mu o tym nie wspominać. Odwlekam to najdłużej jak tylko mogę.
- Wróćmy może lepiej do Pokoju Wspólnego.- proponuję, a Harry wzrusza ramionami. Gdy tylko przechodzę przez portret Grubej Damy zauważam rudowłosą czuprynę. Nie, nie Rona, tylko Ginny. Ona również mnie zauważa i podbiega w moją stronę.
- Hermiono, musimy pogadać.- żegnamy się z Harrym i idziemy do naszego pokoju. Na szczęście nie ma tu nikogo. Czy Ron jest teraz tam z Lavender? Głupia myśl. 
Zamknęła drzwi zaklęciem i wyciszyła. Już nikt nie mógł nam przeszkodzić, ani wejść. Podobnie jak kilka godzin temu Lavender.
- Nie uwierzysz kiedy ci opowiem! Zauważyłaś, że ostatnio Harry jest jakiś nieobecny i spędza dużo czasu w bibliotece.- kiwam głową. Siedzimy na moim łóżku, naprzeciw siebie. Pod materacem leży list od M. Nikt nie wie o jego istnieniu i nikt nie powinien się dowiedzieć. Przecież to nie możliwe by list był od... STOP! Koniec, nie będę myśleć o moim wrogu.
- Wiem, że nie powinnam, ale ostatnio go śledziłam...
- Ginny!- krzyczę. Wyrwała mnie z rozmyśleń.
- Wiem, nie powinnam. Siedział w bibliotece z... Pansy Parkinson!
Usta ułożyłam w idealne o. 
- Byłam zszokowana, miałam szczęście, że mnie nie zauważyli. Parkinson powiedziała, że musi się już zbierać. Przytulili, PRZYTULILI się na pożegnanie! Wybiegłam, schowałam się najbliższym przy bibliotece zaułku. Pare minut później wyszła Parkinson. Szłam za nią w odległości pięciu metrów. Po drodze spotkała Blaisa.- Ginny lekko się zarumieniła.- Chyba mnie nie zauważył. Rozmawiali, ale nie słyszałam o czym. Podeszłam bliżej. Rozmawiali o Harrym. Z tego co zrozumiałam Parkinson ma matkę, o której nie zna. Harry pomaga jej ją odnaleźć. Parkinson czuje coś do Harrego...-zakończyła.
- A czy Harry czuje coś do niej?- pytam. Ginny zarumieniła się i wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Opowiedziałam ci to wszystko w nadziei, że pomożesz mi się dowiedzieć. Może spróbowałybyśmy ich połączyć.
- Chcesz się bawić w swatkę?
- Czemu nie? Tylko proszę cię zapytaj o to Harry'ego. 
- Zapytam przy okazji.

Po jakimś czasie zeszłyśmy na dół. Zdążyłam opowiedzieć Ginny o sytuacji z Ronem. 
Rudowłosy nie pojawił się w Domu Lwa. Postanowiłam poszukać go w Pokoju Życzeń, jeśli nie wróci do ciszy nocnej. Harry poparł mój pomysł. Nawet zaproponował mi dołączenie do wyprawy.
- Nie, Harry. To sprawa między mną a Ronem. Powinniśmy to załatwić sami.
- Pożyczę ci Niewidkę.
Kiwnęłam wdzięcznie głową.
Tak jak się spodziewaliśmy Ron nie wrócił. Kątem oka widziałam jak Lavender wstaje z kanapy i idzie w stronę dorminotrium. Pokój opustoszał. Zostaliśmy tylko my, ja, Harry i Ginny. Żegnam ich. Zostawiłam ich samych. Ciekawe co będą robić.
Korytarze są puste. Raz zauważyłam Flicha jak skręca w przeciwny mi korytarz. Udało mi się bezpiecznie przedostać do Pokoju Życzeń. Trzy razy przechodzę w tą i spowrotem. 
Jakimś cudem udało się. Otwieram drewniane drzwi. Czuję odór wymiocin. Przygryzam bezradnie wargę. Ron siedzi na czerwonej, wielkiej kanapie. W prawej ręce trzyma Ognistą Whisky. Jest cały czerwony.
- Ronaldzie!- unoszę głos. To nie możliwe, ze doprowadził się do takiego stanu.
- Czeeeeśścc, Heełmmionoo- bełkocze. 
Podchodzę do niego i uderzam go z liścia. W pomieszczeniu roznosi się echo, jego głowa przekręca się w bok.
- Ranisz.- śmieje się, ale nie trwa to długo śmiech staje się wyższy i przeradza się w płacz.
Nie chcę widzieć go w takim stanie. Zostaję i pomagam mu wstać. Zanoszę go do łazienki i obmywam jego twarz. Zaklęciem czyszczę wymiociny. Pomagam mu zdjąć spodnie i bluskę. W takim stanie nie poradzę sobie z nim. Okrywam go kołdrą. Ron zasnął. Jestem na niego wściekła, ale nie ma tu innych możliwości. Muszę położyć się obok niego. Zdejmuję spóniczkę i zapinam stanik na ostatni. Kładę się na krawędzi łóżka, ponieważ Ron jak zwykle zajął całe łóżko. Zapowiada się ciężka noc. I jeszcze cięższy poranek.





Spadłam z łóżka. Spanie na tak małej powierzchni nie służy. Włosy miałam całe dookoła spoconej twarzy. Związałam je w niechlujny koczek. Na łóżku nie było Rona. Dziesięć minut później, kiedy założyłam wczorajszą spódniczkę i uporałam się z włosami przyszedł, a śniadanie tuż za nim lewitowało. 
- Dzień Dobry, Hermiono.- zaczerwienił się troszkę wymawiając moje imie. Jedzenie powędrowało na łóżko. A ja z pięściami podbiegłam do Rona. 
- Ty sobie żartujesz?- w oczach zebrały mi się łzy. Uderzyłam jego klatkę piersiową.- Wczoraj byłeś PIJANY do tego stopnia, że nie mogłam cię zanieść do Pokoju Wspólnego! Ronaldzie jesteś skrajnie nie odpowiedzialnym typem!- kolejne uderzenie i pierwsza łza poplamiła mój policzek. Mam wysoki głos nabrzmiały od emocji. 
- Przepraszam... Już spokojnie. Hermiono!- Piąstkami uderzam o jego klatkę. Przytula mnie, ale ja tego nie chcę. Odtrącam go.
- Już dość, Ronaldzie. Która godzina?- uspokajam się momentalnie.
- Dziesiąta.- Szerzej otwieram oczy i już wybiegam z Pokoju Życzeń.- Poczekaj! Dzisiaj sobota!- krzyczy za mną. Momentalnie się zatrzymuję. Kontem oka zauważam blondwłosą czuprynę, już żałuję tego, że wychodziłam. On może pomyśleć, że ja i Ronald... O, Godryku! Szybciej niż Malfoy zdąża posłać jakikolwiek komentarz w moim kierunku wracam do Rona. Dlaczego to ja mam mieć zawsze takiego pecha?
- Ronaldzie, musimy pogodać o wczorajszym dnie...
- Masz na myśli... no wiesz.- podbródkiem wskazał łóżko.
- MY TYLKO RAZEM SPALIŚMY!- krzyczę. 
- W sensie, że ja i ty... ehgm.- odrząknął. Kręcę przecząco głową.
- Nie, Ron. Nie doszło między nami do niczego. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Żałuję ostatnich słów. Ron się spina. Czerwony kiwa głową.
- Więc o czym chcesz gadać?- pozornie zmienia temat.
- Ron, my jesteśmy tylko przyjaciółmi. Sam mi to zaproponowałeś. Po za tym widziałeś mnie wczoraj z Teodorem.- posępiał.
- Widzę, że już jesteś na Ty z tym śmierciożercą.
- Nie jest śmierciożercą! Ron, jesteś dla mnie kimś naprawdę ważnym. Zawsze ty i Harry będziecie moimi najlepszymi przyjaciółmi. Nic tego nie zmieni. Już raz próbowaliśmy być razem... sam wiesz jak wyszło. Może to nie jest nam pisane? Jesteś dla mnie jak starszy brat.- podchodzę do niego. W pierwszym momencie cofnął się o krok. Na szczęście udaje mi się podejść wystarczająco blisko. Przytulam go i czuję jak jego serce szybciej bije. To był chyba błąd.
- Jesteś dla mnie ważna, Hermiono.- wzdycha i obejmuje mnie.


czwartek, 25 lutego 2016

Rozdział 4. Hearts are never broken

Dziękuje za ponad 500 wyświetleń poprzedniego posta!


 - To nie jest śmieszne, Lavender!
- Czy ja się śmieję? Nie. Chcę z tobą tylko pogadać.
Siadam na łóżku, im szybciej zaczniemy tym szybciej skończymy.
- O czym chcesz rozmawiać, Lavender?
- Nie domyślasz się?
Zdaję sobie sprawę o czym chce rozmawiać, ale bezpieczniej będzie zaprzeczyć. Kręcę głową. Nie podoba jej się moja odpowiedź. Poznaję to po zaciśniętych wargach.
- Pamiętasz co działo się rok temu?- zagryza wargę, a jej spojrzenie dalej jest wrogie.- Między mną, a Ronem.- policzki jej różowieją. Powstrzymuję się by nie wybuchnąć śmiechem. Brown ma mnie za konkurencje!
- Co z wiązku z tym?- pytam rzeczowo- między mną, a Ronaldem już nic nie ma.
Lavender się rozluźniła.
- Napewno?- pyta wyczułam nutkę nadziei w jej głosie.
- Napewno.- odpowiadam.
- I nie miałabyś nic przeciwko gdybym...- drapie się po głowie, a ja przecząco kręcę głową.
Uśmiecha się promiennie.
- Przepraszam, Hermiono.- nieśmiały uśmiech ozdabia jej poczerwieniałą twarz.
- W porządku.- odwzajemniam uśmiech. Dziewczyna oddaje mi różdżkę i wychodzi.






Wychodzę z dorminotrium. Po drodze nikt mnie zatrzymuje, nikt nie zdaje sobie sprawy, że Hermiona Granger idzie się spotkać z tajemniczym ślizgonem,
Teodor stoi przed brzegiem wody. Jest skupiony na falach lekko płynących, talfla wody była ciemno niebieska, odbijała słońce.
Steję obok niego, jak równa z równym. Niesamowite jak wiele zmieniło się po wojnie.
- Cześć, Hermiono.
- Cześć, Teodor.
Jego i moja sylwetka odbija się w tafli. Jeszcze przez chwilę patrzę na nasze odbicia. Oboje jesteśmy ubrani w szkolne mundurki. Teodor zapatrzył się gdzieś dalej, postanawiam wykorzystać sytuację i dyskretnie przyglądam się jego twarzy. Wydatne kości policzkowe, pełne usta, zgrabny nos, szaro- zielone oczy- niezwykle tajemnicze, niskoosadzone brwii. Odwraca głowę w moją stronę, posyła uśmiech. Zdawał sobie sprawę, że na niego patrzę, rumienię się.
Usiedliśmu na ławce. Nasze palce stykały się. Przyjemne ciepło lozlało się po moim brzuchu.
Był ciepły, słoneczny dzień. Kwiaty zaczęły kiwtnąć. Idealna pora by się za... stop! Każda pora jest dobra, o ile zna się odpowiednią osobę.  Z miłością nie trzeba się śpieszyć, ona sama przyjdzie. Nie potrafię jednak kryć, że to byłby dobry moment na miłość.
- Nie wiem co sobie myślałem, kiedy zapraszałem cię tu.- mówi, a po jego ustach błąka się nieśmiały uśmiech.- W ogóle chyba nie myślałem.
- Cieszę się, że mnie zaprosiłeś.- odwzajemniam uśmiech. Kładę dłoń na jego w geście otuchy. Uśmiech staje się pewniejszy, dokładnie widzę jego dołki.
- Podobasz mi się. Od jakiegoś czasu.- uśmiech mu blednie i odwraca głowę w stronę jeziora.
Ściskam jego dłoń. Nie zmienia to nic,  nie patrzy na mnie. Nie mogłam nic powiedzieć, nie potrafiłam. Nie byłam pewna swoich uczuć. Prawdę mówiąc dopiero od upatku zauważyłam go. Teodor ma to do siebie, że nie lubi być w centrum uwagi. Jest najbardziej tajemniczym chłopakiem jakiego znam. To pociągające, równie mocno co jego kości policzkowe.
- Ładną dziś mamy pogodę.- wzdycham, może zmiana tematu pomoże.
- Piękną.- spojrzał na mnie i znów zobaczyłam jego równe zęby.
- Lubię taką pogodę- wiosenną, takie dni dają nadzieję na lepsze jutro.- mówię z nadzieją, że go nie przynudza,.
- Chciałbym mieć nadzieję.- przygryza górną wargę, nadaje to smutny wyraz jego twarzy.
Ja mogę dać ci nadzieję, myślę. Nie wypowiadam tych słów. Nie jestem wystarczająco odważna. Zamiast tego mówię:
- Lepsze jutro zawsze nadchodzi, jeśli o tym mówisz.
- Nie, nie zawsze nadchodzi. Widziałaś co przyniosła wojna.
Gryzę się w język by nie wypomnieć mu o tym czyim był poplecznikiem. Czy napewno był jego poplecznikiem? Nie widziałam go w szeregach Voldemorta.
- Wojna zawsze domaga się jakiejś ofiary.- mój głos brzmi sucho.
- Wojna zabrała mi rodzinę.- szepcze tak cicho, że gdybym głośniej wdechnęła powietrze nie usłyszałabym nic. Mam ochotę przytulić go i przyznać, że nie jest sam. Znajduję jego dłoń i plączę razem z moją. Jezioro wygląda naprawdę interesująco.
- Mi też, Teo. Mi też.
Okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż kto kolwiek by się spodziewał.
Spacerowaliśmy skrajem zakazanego lasu. Rozmawiając o błahostkach. Miał przyjemną dłoń. Dawno nie dotykałam równie szlachetnych dłoni. Nie mógł brać udziału w wojnie, ma za piękne dłonie. Mogłabym podyskutować na temat tego czy w ogóle kiedykolwiek pracował.
Rozmawialiśmy głównie na temat naszej przyszłości. Opowiedziałam Teodorowi o moim planie odnalezienia rodziców i późniejszym podjęciem pracy w szpitalu św. Munga.
Teodor planował podróżować po świecie i pracować w gazecie. Jakiej? Jeszcze nie wiedział. Miałam nadzieję, że nie trzymam właśnie za rękę kolejną Ritę Skeeter. Nie miał pojęcia czy wróci do Wielkiej Brytani, wiele złych wspomnień wiązała za sobą ta wyspa.
- Zaraz będę miał trening, chcesz popatrzeć?- uśmiechał się od ucha do ucha. Wzruszyłam ramionami.
- No nie wiem. Oglądać jak ślizgoni grają w Quditcha? To za bardzo mnie nie interesuje. Może Harrego zainteresowałaby wasza taktyka.
- Jak wolisz, twoja strata.
Śmieję się, a on mi wtóruje. Jego śmiech jest przyjemny do ucha i skojarzył mi się z śniegiem, który prószy w ciepły zimowy dzień.
Teodor odprowadza mnie do zamku. W drodze zauważamy Malfoya. Dopiero wtedy przypominam sobie o naszych złączonych dłoniach. Puśczamy je, ale nie mam pewności czy Malfoy przypadkiem nas nie zauważył.
- Hmm... już mam się zwracać do was państwo Nott? Nie wiedziałem, że akurat ty ubrudzisz swój rodowód.- wymownie patrzy w moją stronę.
- O co ci chodzi, Draco? Wojna się skończyła. Mam prawo sam decydować z kim chcę spędzić życie. Przeszkadza ci to, że spotykam się z Hermioną?-  zaakcentował moje imie jakby znaczyło coś więcej niż reszta zdania. Przyciąga mnie i przytula lewą ręką. Płoniczki spłonęły mi krwistoczerwonym rumieńcem. Spuszczam głowę, by żaden z nich nie zauważył jak się uśmiecham. Malfoy odchodzi i trąca mnie łokciem. Nienawidzę go z całego serca. Teodor mnie żegna. Gdy już odwraca się tyłem do mnie, łapię go za rękę. Odwraca się znów, a ja nie wiem jakim cudem znalazło się we mnie tyle odwgi by zrobić to po raz pierwszy, do tego z Teodorem Nottem. Chyba rozumie co mam na myśli. Zbliża się do mnie i łapie mnie w tali. czuję jak jego klatka się unosi. Jest ode mnie wyższy o jakieś dziesięć centymetrów. Pochyla głowę, a nasze wargi dzielą już tylko milimetr. Krew szybciej płynie w moich żyłach, czuję nie zwykłą adrenalinę. Stoimy na środku wejścia, chociaż teraz nikogo tu nie ma to w każdej chwili mogą nas zobaczyć, ale co z tego skoro możemy to zrobić. Już dotykam jego ust. Mrowienie w żołądku nie ustaje. Och, Godryku. Rozchylam szerzej usta na znak zaproszenia.
Za plecami czuję znajomy chichot, który urywa się. Żołądek mi się kurczy. Cholera jasna!
Odsuwam się od Teodora i patrzę przez ramię na zszokowanego Rona i Harry'ego. Posyłam im nieśmiały uśmiech. Z oczu rudowłosego cisną się pioruny.
- HERMIONA?- krzyczy. W oczach zebrały mi się łzy. A poczucie winny wstrzymuje mi oddech.







wtorek, 16 lutego 2016

Drapple: Spadłaś mi z nieba



Był gorący letni dzień, większość uczniów Hogwartu wyszła na błonia.  Pewien ślizgon w okropnie podłym humorze także wyszedł. Szedł w zamiarze odpoczęcia na świeżym powietrzu. 
Posyłał niemiłe spojrzenia wszystkim wokół siebie. Szlamy i zdrajcy krwi chodzili bezkarnie po Hogwardzkich błoniach. Tylko nie licznym, godnym życia, arystokratom posyłał chłodno obojętne spojrzenia.
Nagle gdy Dracon przechodził obok jednego z drzew, pod jego nogi spadło jabłko. Najpierw chciał je zdeptać, ale jej ochrypły i nieprzyjemny krzyk go uprzedził:
- CO TY WYPRAWIASZ IDIOTO? TY CHOLERNY PUCYBUCIE!!- głos zaintrygował go tak bardzo, że ukucnął nie zważając na zdziwione spojrzenia paru osób w jego okolicy. Zielone jabłko lekko zarumienione ze złości patrzyło na niego z wyrzutem. Zarumieniła się jeszcze bardziej- CO SIĘ TAK GAPISZ ZŁAMASIE? 
Pietnastoletni blondyn już wiedział, że to miłość jego życia. Jabłka kochał same w sobie. Jedynie je potrafił darzyć uczuciem. Ta dodatkowo potrafiła mówić i miała charakterek. To był początek ich miłości. Pomimo swojej wrogości wobec Draco jabłko się przedstawiło.
- Jestem Wendy i nie śliń się tak już Złamasie!- Draco otarł buzie i się otrząsnął, a potem dodał swoim dostojnym tonem:
- A ja Malfoy, Draco Malfoy.

Nadużywała przekleństw i słowa złamas. Blondynowi to nie przeszkadzało, a wręcz dodawało uroku dojrzałemu jabłku. Idealnie zielona. Czasem podchodziła pod czerwień, kiedy się rumieniła. Wendy uwielbiała się rządzić. Dracon uwielbiał jabłka. 
- Cholerny Złamasie! Właśnie ugryzłeś moją nie magiczną kuzynkę! Wiem, że jest podgniła, ale nie musisz jej odrazu zjadać!- wrzasnęła. Malfoy nie przejął się słowami jabłka. Krzyk był na porządku dziennym. Bardziej zainteresowała inna sprawa.
- Podgniła?
- Nie tylko świat czarodziei dzieli się na magicznych i nie magicznych.- burknęła urażona.
- Opwiedz mi coś więcej, Wendy.
- Podgnilce, to odpowiednik waszych szlam.
- Fu! Ble, jadłem szlame. O Salazarze! Obym nie zaraził się czymś.
- To była moja kuzynka!- odwróciła się od niego plecami.
- Nie bądź taka, Wendy.- opuszkami paców przejechał po jej lśniącej skórce. Jabłko zadrżało pod wpływem jego dotyku. 
- Przestań jeść moją rodzinę! Uznają, że postradałam zmysły. Chyba naprawde je postradałam! Zadaję się z potworem, który zjada mój gatunek!
Chłopakowi skurczył się żołądek. 
- Nie jestem potworem. Kocham cię, Wendy.
- Ja ciebie też, Złamasie. Ja ciebie też.


Malfoy przestał jeść jabłka. Z trudem, ale czego nie robi się w imię miłości? Dla Wendy by zabił. Czym jest zerwanie z jedzeniem w porównaniu do zabicia? 
Poszli do Wielkiej Sali. Wendy pilnowała Dracona, by nie mógł zjeść jabłek.
- Ej, Draco! Chodź tu! Widziałeś co wymyśliłem z plakietkami Pottera? Teraz wydają odgłosy pierdnięcia.- Blaise Zabini nie potrafił ukryć swojej dumy. Reszta gromady śmiała się. 
Dracon spojrzał przepraszająco na Wendy i podszedł do chłopaków. Goyle i Crabble śmiali się trzymając za brzuchy. Astoria patrzyła na nich pobłażliwie. Dafne na tomiast uśmiechała się od ucha do ucha, trzymała za rękę swojego o rok starszego chłopaka- Blaise'a.
Dracon również zaczął się śmiać, z głupoty swoich równieśników.
Wrócił do stolu i zauważył, że czegoś brakuje. Nie było Wendy. Wystraszył się. 
- Blaise!- zawołał przyjaciela. On jedyny nie komentował jego związku z jabłkiem. czarnoskóry podszedł.- Nie ma Wendy.
Oczy blondyna były wystraszone. Brunet uniósł brwi.
- Ale... kto?- spytał.
- Nie wiem. Pomóż mi ją odnaleźć.
Blaise pokiwał głową i wyszli z Wielkiej Sali.

Nie musieli długo szukać. W lochach usłyszeli śmiech i znajomy krzyk. Pansy Parkinson śmiała się. Malfoy usłyszył dźwięk, który przyprawił go o nieprzyjemne ciarki. Dźwięk odbijania od ściany. Mokry, przepełniony bólem dźwięk. Oczy mu pociemniały. Przypominały zachmurzone niebo.
- Parkinson!- Draco wydarł się na całe gardł. Śmiech zamilkł. Podszedł do brunetki.- Głupi kundlu. Jesteś nie normalna. Pustaku zajebany. Zacznij czasem używać mózgu! Pieprzona mopsica!- Podszedł do jabłka. Całe miękkie.
- Wendy...- Pocałował miejsce, które było naderwane. Poczuł słodki smak. Jabłko było brudne, ale to nie miało wtedy znaczenia. 
Rzucił się na Pansy. Zaczął ją kopać. Dziewczyna skuliła się i płakała.
- Posłuchaj śmieciu, myślisz, że jesteś kimś? Gówno prawda! Czuć od ciebie szmatę na kilometr.- plunął jej w twarz.- Nie zbliżaj się ani do mnie, ani tym bardziej do niej, silikonie zajebany!- warknął. W tej samej chwili podszedł do niego Blaise. Uciekli z miejsca wypadku.

Czas mijał, a jabłko odzyskiwało swój dawny krztałt. Znów była piękna i krztałtna. Taka jaką najbardziej lubił Malfoy.
Siedzieli na błoniach. Oparci o drzewo przy którym się poznali. 
- Widzisz tą ślamazare?- jałko skinęło na Longbottoma.
- No tak, to Longbottom.
- Wygląda jakby miał problem ze zgryzem.- Wendy zarechotała, a Dracon jej zawtórował.
- Patrz na tą- Malfoy wskazał palcem na Lovegood.
- Wygląda jak bezdomna!- Oboje zaczęli się śmiać.
- Widzisz tą?- tym razem padło na Granger.
- Ona to chyba nie wie co to szczotka!- śmiechom nie było końca.
Dracon dbał o Wendy. O nikogo nie dbał równie mocno co o nią. Przysważało to wiele kłopotów, ale wstawał im czoła. Wendy była warta każdej ceny. Nie licząc kłopotów, żyli długo i szczęśliwie.

Minęło wiele lat. Dracon siedział na sali szpitalnej świętego Munga. Niedługo zbliżała się jego śmierć. Nie miał już nikogo, oprócz małego zielonego jabłka, które już zaczynało się tarzeć. Jej skóra nie była już taka lśniąca, miała mnóstwo zmarszczek. Dracon kochał każdą zmarszczkę na swój sposób. 
Pozostała mu jedynie Wendy.
- Kocham Cię, Wendy.
- Ja ciebie też, Złamasie. Ja ciebie też.
Staruszek zamknął oczy słysząc słowa ukochanej i zasnął snem wiecznym. W oku Wendy zakręciła się łza, która odrazu spadła kiedy jabłko mrugnęło. Puls siwowłosego, niegdyś blondyna zamarł. 
- Ja ciebie też, Draco. Ja ciebie też kocham.